piątek, 21 czerwca 2013

Rozdział 28.

Kiedy się obudziłam, byłam przykryta miękkim, ale niezbyt ciepłym kocem, za co dziękowałam w myśli, bo przecież lato mamy. Mój wzrok jako pierwsze padł na szafkę nocną z wielkimi, czerwonymi cyframi, które uświadomiły mi, że jest już południe. Prawdopodobnie Robert obejmował mnie ramieniem, a ja jakoś nie spieszyłam się z oznajmieniem mu, że już nie śpię. Póki się nie zorientuje, mam chwilkę czasu na przemyślenia, które z jednej strony są potrzebne, a z drugiej tak mocno bolą.. Jeszcze nigdy, ale to nigdy nie miałam takiej sytuacji i nie czułam się aż tak skrzywdzona przez bliską mi osobę. Dobra, były rozstania z chłopakami i takie tam, ale to nie jest jednak to samo. Były chłopak nie jest osobą, którą zna się całe życie. Której tak bardzo, od wielu lat ufałaś. Nie, nie można tego porównywać. Mówią, że ważniejsza jest przyjaźń, niż miłość. Do tej pory się z tym zgadzałam, ale teraz? Teraz jestem temu przeciwna. Jak na razie to miłość mi pomaga, to miłość mnie uskrzydla i dodaje sił. Z pewnością gdyby nie Robert, to teraz bym już płakała. Ale dla niego się staram. I postanowiłam, ze nie uronię ani jednej łzy. Pójdę własną drogą i będę opierała się na miłości, skoro przyjaźń tak mnie o to potraktowała. Jeśli teraz stracę tą jedyną osobę, którą tak bardzo bezgranicznie kocham.. Nie, nie myślmy o tym. Co mi teraz da, że będę się zadręczać myślami, płakać i przeżywać? No pewnie to, że ulży mi i potem się polepszy. Ale ja nie potrzebuję łez, żeby się ogarnąć i być na powrót sobą. Przecież takie jest moje nastawienie – optymizm. Z nowymi, świeżymi postanowieniami, uznałam, że nie ma na co czekać i pokazać, że jestem, oddycham i wcale nie przechodzę załamania nerwowego. Odwróciłam się delikatnie. Robert uśmiechał się do mnie, a ja wysiliłam się trochę i zmusiłam kąciki swoich ust do uniesienia się. Nie wiem czy mi wyszło, ale bardziej zaintrygowało mnie to, co Lewandowski trzymał w prawej dłoni, niż to czy mój uśmiech był wiarygodny.  
- Skąd to masz zdjęcie? – spytałam zaciekawiona, od razu przechodząc do sedna sprawy. Byłam święcie przekonana, że gdzieś zgubiłam to zdjęcie, albo zostawiłam u siebie w Poznaniu.
- Dostałem od Wojtka, bo znalazł je pod szafą czy czymś tam. Kim jest dla ciebie Majka? – teraz on zadał mi pytanie. Na same wspomnienie jej uśmiechnęłam się. I to szczerze, bez żadnego wysiłku. Swój plan wcielam w życie.  
- A skąd wiesz, że ona ma na imię Majka? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie, coraz bardziej rozpromieniona. Robertowi chyba ulżyło, widząc, że nie zamierzam ryczeć cały dzień i noc.
- Bo jest napisane na odwrocie. – uśmiechnął się do mnie. – Ale i wiem, bo znam ją. – dodał, a ja zrobiłam wielkie oczy.
- Ale jak to? Skąd? – pytałam. Jaki zbieg okoliczności!
- Najpierw mi odpowiedz na to, co zadałem jako pierwszy. – podkreślił to ostatnie. W sumie miał racje, jakby nie było miał pierwszeństwo. Jak zawsze.. nie no dobra, to ostatnie powiedziałam z czystej złośliwości.  
- Majka jest moją przyjaciółką, z którą ostatnio straciłam kontakt. Rozjechałyśmy się. – powiedziałam smutno. - Poznałam ją na pierwszym treningu cheerleaderek. Od razu załapałyśmy wspólny język. Byłyśmy bardzo zżyte, ale pamiętałam też o Vanessie. – na moje twarzy pojawił się mały grymas. Nie byłam jeszcze gotowa mówić o Vanessie. – Ona bardzo mi pomagała od strony tanecznej. Też wiedziała dużo o tańcu, była dłużej cheerleaderką ode mnie, ale w ostateczności to ja jeździłam reprezentować poznański zespół na mistrzostwach. Bardzo się za nią stęskniłam. – podsumowałam opowieść o moim super Majku. Kiedy bym powiedziała to na głos, a ona była by w pobliżu, właśnie dostałabym po głowie, bo nie lubiła kiedy tak do niej mówiłam. – A ty? Skąd ją znasz?
- Jak już wspomniałaś, Majka tańczyła jeszcze przed tobą w KG*. No i wtedy wyszło tak jakoś, że na siebie wpadliśmy. My mieliśmy trening, a one obok ćwiczyły układ.  Tak gadka szmatka i jakoś załapaliśmy kontakt. I doszło do tego, że zakumulowaliśmy się. Ale nic więcej, po prostu kumple. Może by coś było, ale byłem przecież z Anią. – przewrócił oczami. No tak, Majka mówiła, że zakolegowała się jednym z zawodników. – Ale ja potem odszedłem do Borussii i nasz kontakt się urwał.
- Kurde, nie spodziewałam się, że tym jej kolegą, będziesz właśnie ty. – uśmiechnęłam się.
- Lewandowski jest wszędzie, kochana. – skwitował, wzruszając ramionami.
- Zdążyłam zauważyć. – puściłam mu oczko. – Ale fajnie! Niczym w jakimś filmie..
- Dirty Dancing? – zaśmiał się.
- O Jezu, weź już się odczep od tego filmu, bo jest jednym z moim ulubionych. – zagroziłam mu palcem przed oczami, na co objął mnie w pasie i pociągnął do siebie, całując delikatnie w czubek nosa.
- A tak poza tym, to jak samopoczucie? – spytał po chwili. Spojrzałam na niego, czując się już naprawdę dobrze. Sama jestem zdziwiona na to, jak szybko to się dzieje.  
- Coraz lepiej. – uśmiechnęłam się promiennie. – Jeszcze jak będziesz mnie tak pocieszał, to pewnie będzie jeszcze lepiej.
- A, no to cała przyjemność po mojej stronie. – szepnął.
Robert.  
Wiktoria przerwała nasze czułości, bo zadzwonił do niej telefon. Nie wiedziałem kto to, nie wiedziałem po co. Ale chyba wszystkiego nie muszę wiedzieć? Zdziwiło mnie tylko to, że wyszła z nim do łazienki. No cóż, nie zapowiadało się, że szybko wyjdzie, więc chwyciłem po laptopa i uruchomiłem go. Wpatrując się w znaczek Windows 7, który pojawił się na ekranie czekałem, aż sprzęt się włączy. No niestety, z moim starym, dobrym laptopem było coraz gorzej. Muszę chyba rozważyć kwestię wymiany.. Właśnie wtedy z łazienki wyszła moja ukochana, była mocno podirytowana.
- Co się stało? – spytałem, nie wiedząc co się dzieje. Ona spojrzała tylko na mnie, a w jej oczach dostrzegłem zdenerwowanie.
- Dzwonił nasz trener i tak po prostu zakomunikował, że mam przyjść na trening za godzinę, bo musimy przygotować układ na mecz Lech – Legia. Zapytałam, dlaczego dopiero teraz się o tym dowiaduje, a on mi na to: że trzeba było do Warszawy nie wyjeżdżać! Rozumiesz? Tak mnie wkurzył, że ręce to mi do tej pory latają. – mówiła wszystko szybko, gestykulując rękoma. Kiedy się denerwowała, lub próbowała coś wyjaśnić, zawsze tak robiła.
- Ale przecież nie dojedziesz w godzinę do Poznania.. – zmarszczyłem czoło.
- No wiem, ale tak się i to składa, że oni są tutaj. Bo to Legia będzie gospodarzem.. zawsze przyjeżdżamy tydzień wcześniej.. Ale to nie zmienia faktu, że mogliby mi wcześniej powiedzieć!
- Spokojnie, nie denerwuj się aż tak, bo zaraz przyjdzie Kuba i będzie chciał zaproponować ci masaż rozluźniający. – zaśmiałem się, przypominając sobie ostatnią akcję z tym związaną. Na Wiktorii twarzy też zagościł uśmiech. No, chyba się udało.
- Wolałabym nie powtarzać tego więcej, więc może faktycznie spuszczę z tonu. – odezwała się, uśmiechając. – Dobra, bo zaraz będę musiała wychodzić.. Muszę być wcześniej, bo nimi przewodzę, a nie mam zielonego pojęcia co będziemy tańczyć i jak.. – westchnęła i pomaszerowała do łazienki. Pokręciłem głową i spostrzegłem, że na ekranie widnieje już moja tapeta. Sukces! Oczywiście od razu ujrzałem napis informujący, że Mario dzwoni. Też ma daleko, żeby przyjść.. odebrałem.
- Elo elo, pięć dwa zero. – usłyszałem jego idiotyczne przywitanie, na które zareagowałem, uderzając się ręką w czoło.
- Ta, witam. – powiedziałem z lekkim uśmiechem. Patrząc na jego uradowaną mordę, nie ma bata, żeby się nie uśmiechnąć.
- Ej, ja tylko na sekundę. Był u ciebie Marco? – spytał poważnie.
- Nie, a co? Zgubiłeś kompana? Może gdzieś leży pod tymi brudami za tobą..? – naigrywałem się z niego, patrząc na imponująca górę ciuchów, śmieci, kartonów po pizzy.. Niedługo wysokością przebije Mount Everest!
- Odezwał się, ten którego laptopa potrafi zgubić! – odgryzł się, a ja sarkastycznie się zaśmiałem. – Jak mieszka z Wiktorią, to teraz się mądruje!
- Dobra, dobra. Od kiedy nie ma Marco? – wróciłem do głównego tematu, bo nie miałem ochoty na dalsze dyskutowanie o tym, kto ma lepiej, a kto gorzej.
- Od wczoraj wieczora. Tak polubił Wiktorię, że pomyślałem, że poszedł tam do was.. Kurde, wypuścić pijaka, to na noc nie wróci, no! – narzekał. Ach, ta męska przyjaźń.. Kiedy nie widzieli się dłużej niż dzień, po prostu fiksowali bez siebie.. Złośliwi dokuczali im, ale ja zachwycam się ich przyjaźnią. Każdy pewnie chciałby mieć takiego kogoś, kim są dla siebie chłopacy.
- Nie wiem, nie widziałem go. Możliwe, że tu był, ale pocałował klamkę, bo.. A zresztą byłeś. – machnąłem ręką.
- No właśnie i jak zaszedłem do siebie to też go nie było. Myślałem, ze się minęliśmy. – mówił i widziałem, ze coraz bardziej się denerwuje.
- Nie spinaj, na pewno zaraz wróci. Pewnie był na jakiejś bibie, a teraz zbiera się po niej. Zobaczysz, zaraz u ciebie będzie. – uśmiechnąłem się do niego. Sam zaciekawiłem się tym, gdzie Reus mógł być całą noc. Po polsku za wiele nie gada, nie zna Warszawy, nie wraca na noc.. Miałem nadzieję, że to co powiedziałem Goetze okaże się prawdą..
- Z kim rozmawiasz? – do pokoju wparowała Wiktoria, nie mogąc pohamować swojej ciekawości. – O hej, Mario! – przywitała go bardziej ekscytująco niż mnie kiedykolwiek. Zazdrosny? Nie. O Mario nigdy. Oni od samego początku bardzo się polubili, może ze względu na podobny wiek. Nic innego, tylko przyzwyczaić się do ich zażyłości.
- Siema! Jak tam? Idziesz gdzieś? – zapytał, widząc pewnie jej strój. No tak, ja byłem w dresie i zwykłej koszulce, ona w krótkich spodenkach, ładnej koszuli i dodatkach..
- No niestety. Muszę iść na trening. A raczej próbę, bo trening to jakoś tak dziwnie brzmi. – uśmiechnęła się. – Lecę, bo się spóźnię. Pogadamy kiedy indziej, nie?
- Jasne, dzisiaj widzę cię na meczu! – zagroził jej palcem, a ona uśmiechnęła się serdecznie.
- Oczywiście. Pa, Bobcio. – zwróciła się do mnie i cmoknęła w usta.
- O której wrócisz? – spytałem. Nie wiedziałem ile trwają te jej próby, nigdy na nich nie byłem..
- Ojejku, nie wiem. Zadzwonię do ciebie, może przyjdziesz potem po mnie? Zgadamy się. – rzuciła i nie czekając w ogóle na moją odpowiedź, wyszła z pokoju. No tak, typowe.
- Ej dobra, biorę Matsa i szukam tego zwiedzającego od siedmiu boleści. – uśmiechnął się. – Przyjdziesz z Wiką na mecz?
- Nie wiem jeszcze.. Po co mam oglądać takich patałachów..? Zobaczę. – odpowiedziałem sarkastycznie. Całe szczęście, że nie mamy dzisiaj normalnego treningu..
- Okej, życzę powodzenia! – powiedział i rozłączył się. No druga Wiktoria! Nie miałem co innego do roboty, więc wszedłem na facebooka, żeby dodać coś fanom. Właśnie, dawno tego nie robiłem! Miałem nadzieję, że redakcja coś naskrobała. Uff, oni są niezastąpieni! Napisałem krótko w dwóch językach coś o Euro i wszedłem potem na swoje prywatne konto. Wśród 20 zaproszeń, które dostawałem w dużym stopniu od fanów wyłapałem nazwisko Krogulska. Czyżby Majka? Ze zdjęcia profilowego, które i tak za bardzo nic nie dało, zdążyłem zauważyć, że jest blondynką, ma wpisane, że jest z Poznania.. zbieg okoliczności? Chyba nie. Dlatego więc zaakceptowałem. To otworzyło mi wiele możliwości, między innymi obejrzenie jej wszystkich zdjęć. Tak, to była Majka. Może do niej napiszę? Może pomoże mi pogodzić Wiktorię i Van? Mimo, ze Wika nie pokazywała tego już tak bardzo, mimo wszystko bolała ją ‘strata’ przyjaciółki..Do tego, powinna być w Warszawie, bo też tańczy w KG. Dobra, raz się żyje. Dodatkowo zachęciła mnie zielona kropka przy jej nazwisku.
Hej, Majka! Z tego co wywnioskowałem z zaproszenia mnie, pamiętasz jednak Poznań w 2008 J Przykro mi, że nasz kontakt się urwał. Jesteś w Warszawie? Jeśli tak, może spotkalibyśmy się jakoś?
Tego to się nie spodziewałam! Pan Lewandowski do mnie napisał? To zaproszenie wysłałam już chyba miesiąc temu, myślałam, że mnie już nie pamiętasz.. Boże, tyle lat! Koniecznie musimy się spotkać! Tym bardziej, że trąbią o tym, że jesteś z moją Wikusią! Słuchaj, bo ja dzisiaj nie idę na próbę, bo naciągnęłam sobie coś w śródstopiu, co nie jest zbyt groźne, bo chodzić chodzę, ale Szmyt mnie nie chce na treningu widzieć :c Może za pół godziny w Telimenie?
Jasne, mi pasuję. Tylko jak mógłbym Cię prosić, nie mów na razie nic Wice, okej?
Wedle życzenia! Do zobaczenia :*
Już nie odpisałem, bo zacząłem szykować się do wyjścia. Za pół godziny mam być tam, gdzie sama droga trwa 15? Za mało czasu jak dla mnie..

Kiedy wszedłem do kawiarni, Majka już tam siedziała. Uśmiechnęła się na mój widok. Też posłałem jej uśmiech i poszedłem do jej stolika. Od razu przybyła do nas kelnerka, z pytaniem co chcemy zamówić. Chciało mi się śmiać, bo strasznie kokietowała mnie wzrokiem. Lewandowski w kawiarni, sensacja. Mam nadzieję, że jednak moi ulubieńcy w postaci fotografów nie napstrykają mi zdjęć i nie dodadzą ich z tytułem: Zdradza swoją nową dziewczynę?
- Jejku, nic się nie zmieniłaś.. – powiedziałem, zaczynając rozmowę i siadając obok niej.
- A myślisz, ze ty.. Nie, zmieniłeś się. Jesteś więcej umięśniony, niż widywałam cię w Poznaniu. – powiedziała z uśmiechem, na co ja zaśmiałem się cicho. – Dobra, opowiadaj jak tam?
- Mimo wszystko za wiele u mnie się nie zmieniło. – wzruszyłem ramionami. – Nadal jestem roztrzepany.. – uśmiechnąłem się do niej, bo wiedziałem, że wedle niej, jest to moje najgorsza cecha. Zresztą pewnie nie tylko dla niej.. – Jedyną radykalną zmianą było to, że przejrzałem na oczy, jeśli chodzi o mój związek.
- No właśnie! – ożywiła się. – Jesteś z Wiktorią! Moją kochaną, słodką Wikusią! Z nią też tak dawno się nie widziałam. Pozwolisz, że spytam co u niej, hm? – uśmiechnęła się promiennie. Wcale się nie zmieniła. Nie tylko z wyglądu, ale z zachowania. Radosna i rozgadana.
- Nie wiem na jakim etapie skończyły się u was kontakty… trudno powiedzieć mi coś, bo znasz ją więcej ode mnie. – odparłem. No bo w sumie nie znałem Wiktorii wtedy, kiedy ona ją znała. Wszystko jakieś takie pokręcone..
- Ale zdrowa jest? Tańczy, kibicuje? – zalewała mnie lawiną swoich pytań.
- Tak, tak. Wszystko w najlepszym porządku.. – potwierdziłem, ale potem skrzywiłem się nieco. – Chociaż nie. Nie wszystko. To między innymi pokierowało mną, żeby do ciebie napisać i się z tobą spotkać.
- Jejku, coś poważnego? – jej oczy zwiększyły się, a ona nachyliła się do mnie.
- Nie, nie. Nie aż tak. – powiedziałem, bo zrozumiałem, że mogła opatrznie to zrozumieć. Po jej reakcji można było się domyśleć, że brała to cholernie poważnie. Podeszła do nas kelnerka, która podała nam kawy i odchodząc mrugnęła do mnie, na co nie mogłem powstrzymać śmiechu.
- Ona się nie podda! Tylko, żebyś ty mi tu.. – nie dokończyła, bo przerwałem jej prychnięciem.
- Myślisz, że poleciałbym na taką laskę, która mruga do mnie i kręci tyłkiem przed nosem?
- Czyli pod tym względem też się nie zmieniłeś. – uśmiechnęła się promiennie. – Dobra, mów o co chodzi. – ponagliła mnie, a ja spojrzałem na nią spode łba.
- Nie przyspieszaj, robię nerwowy wstęp.. – powiedziałem i złośliwie upiłem łyk kawy, nie zamierzając jej na razie nic powiedzieć.
- Robert!! – krzyknęła błagalnie, tak, że dużo osób nie dość, że patrzyło na mnie, bo mnie rozpoznawali, to jeszcze dlatego, że siedziałem z wariatką, która drze się na cały lokal.
- Dobra, tylko już nie krzycz. – powiedziałem, zaczynając swoją opowieść.

Dochodziło już wpół do trzynastej. Od szesnastej musiałem już być na stadionie i nie mogłem z niego wyjść, aż do zakończenia meczu. Majka powiedziała, że mimo tego, że nie są przyjaciółkami z Vanessą, to jednak pomoże mi. Postanowiliśmy, że pójdziemy na stadion Legii, tam gdzie odbywały się jej próby. Miałem sporo wspomnień z tym miejscem, lecz to jednak Lech dał mi tyle możliwości i zawdzięczam im to, kim teraz jestem. Na tym meczu, będę jednak za kolegami z Poznania, chociaż Legionistom też nie życzę źle. Przepuściłem Maję w drzwiach i weszliśmy do środka.
- Dzień dobry pani Kasiu, gdzie ćwiczą dziewczyny? – spytała przechodzącą tamtędy kobietę po trzydziestce.
- Są w pomieszczeniu odpoczynkowym, mają rozciąganie i teorię. Nie wiem jak sobie poradzimy.. – westchnęła kobieta i poszła przed siebie. Wszyscy byli zdenerwowani, bo jakoś dziwnie to wszyło. O meczu wiedzieli nie od dzisiaj, to dlaczego dopiero teraz zaczęli próby? Nie dane było mi chyba znać na to odpowiedź.
- Dzięki. – rzuciła Majka, bardziej w plecy odchodzącej już kobiety. Po instrukcjach pani Kasi udaliśmy się do pokoju, gdzie za moich czasów była druga część szatni, która wydawała się niepotrzebna. Dobrze, że zrobili z tego pożytek. Kiedy Maja uchyliła drzwi dziewczyny z uśmiechniętą już Wiktorią na czele, robiąc szpagat męski i nachylając się od jednej nogi, do drugiej. Wiktoria robiła to bardzo imponująco, bo wydawało się bez wysiłku dotykała całym swoim bokiem swojej nogi. Bez żadnych odstępów między ciałem, a kończyną. No, zapowiada się fajny widok..
- Becia, weź się trochę przyłóż, co? – jęknął ich trener, z opowieści Majki wywnioskowałem pan Szmyt. Wcale nie dziwię temu, dlaczego podjął ten zawód.. Fajnie tak patrzeć na rozciągnięte dziewczyny w skąpych strojach..
- Ej, a on sam wymyśla te układy i tak dalej? – spytałem szeptem, żeby na razie nie zdradzić naszej obecności.
- Nie, ta pani Kasia jest za to odpowiedzialna. Ale w dużej mierze same wymyślamy kroki, a już zwłaszcza Wika. – mrugnęła do mnie. No tak, czemu mnie to nie dziwi? Zawsze musiała mieć po swojemu, a jak się na tym zna, to dlaczego ma siedzieć cicho?  - Gdyby on wymyślał tu układy, to przez całe 5 minut wiłybyśmy się na podłożu, albo tańczyły na krzesłach. – powiedziała to takim tonem, że wybuchnąłem śmiechem. Wtedy moja Kochańska spojrzała  na drzwi i mnie zobaczyła. Spojrzała zdziwionym wzrokiem, a ja ogarniając swój napad śmiechu, pomachałem jej.
- Dobra, mam nadzieję, że to starczy. Chłopacy są na murawie, ale myślę, że dadzą nam kawałek miejsca. – odezwał się ponad trzydziestoletni mężczyzna, z postawą sportowca.
- Jejku, będziemy przy nich ćwiczyć? – spytała z małą niechęcią jedna z dziewczyn.
- Na to wygląda, przecież nie wygonimy ich stamtąd, nie?
- Ale będą nasi, czy Legioniści od siedmiu boleści? – zadała pytanie druga.
- Nasi, nasi. – powiedział z uśmiechem.
- Łee, to lajty! – usłyszałem i Majka pociągnęła mnie gwałtownie do siebie, zaciągając na murawę. No tak, dziwne by było, gdyby one wyszły, a my jak jacyś napaleńcy stalibyśmy przy drzwiach. Kiedy wyszliśmy szybkim krokiem z tunelu, tak jak trener dziewczyn zapowiadał, ćwiczyli piłkarze Kolejorza. Gęba mi się strasznie ucieszyła, kiedy ich zobaczyłem.
- Lewus!! – zawołali ci, którzy grali jeszcze ze mną. Podlecieli do mnie, nie zważając na protesty trenera Rumaka. Przywitałem się serdecznie z każdym i uciąłem krótką pogawędkę. Poznałem też tych, którzy przeszli, po moim odejściu. Ale zaczęło robić się wielkie zamieszanie, bo cheerleaderki też już wyszły, więc przerwałem rozmowę i poszedłem na ławkę trenerską, razem z blondi chochlikiem.  Zdziwiło mnie to, że nie ma z nimi Wiki. Rozejrzałem się dokoła, ale nigdzie nie widziałem szatynki. Wtedy ktoś przysiadł się energicznie obok Majki, która z impetem uderzyła we mnie i zwaliła mi telefon, który w tym czasie trzymałem. Zbierając części swojego telefonu posłałem pełne nienawiści spojrzenie.. Wiktorii? Ona przez ściany przenika? No tak, mogłem się domyślić, że tylko Kochańska z piskiem może dolecieć do ławki i rzucić się na nią z taką siłą, żeby zwalić komuś telefon. Ale widząc jej szczęście, które ogarnęło ją po ujrzeniu starej przyjaciółki, powstrzymałem się od dogryzki.  


Przed chwilą przeczytałam ostatnie komentarze od anonimowych czytelniczek. Powiem Wam, ze lekko się zawiodłam, bo myślałam, że choć trochę mnie rozumiecie... NIE JESTEM MASZYNĄ, KTÓRA SIEDZI PRZED LAPTOPEM DZIEŃ I NOC, KIEDY NA DWORZE JEST 30 STOPNI! OPRÓCZ TEGO MAM SWOJE SPRAWY, PROBLEMY, SPOTKANIA.. JESTEM PEWNA, ŻE ŻADNA Z WAS, SIEDZĄC W SZKOLE DO 15.00, NIE SIEDZI DO 23.00 PRZED KOMPUTEREM! MOŻE WCZEŚNIEJ TAK BYŁO, ALE TERAZ MAMY LATO I NIE ZAMIERZAM TEGO MARNOWAĆ! WYBACZCIE, JEŚLI NIEKTÓRE Z WAS WIDOCZNIE URAZIŁAM. I ZABOLAŁO MNIE TO, ŻE KTOŚ NARZUCA MI, ŻE KŁAMIĘ.. JEŚLI MOGĘ, TO DODAJĘ, JEŚLI NIE MOGĘ, TO SIĘ PRZECIEŻ NIE ROZDWOJĘ.. SERDECZNE POZDROWIENIA I DUUUŻE BUZIAKI DLA TYCH, KTÓRZY ROZUMIEJĄ I NADAL WIERNIE TRWAJĄ PRZY MOIM OPOWIADANIU. KOCHAM WAS! ♥ :***

piątek, 7 czerwca 2013

Rozdział 27.

Już dzisiaj kolejny mecz. Tym razem z Rosją. Trochę się denerwowałam, bo nie wiedziałam czego się spodziewać. Nawet jeśli wierzyłam w siłę orzełków, to jednak nie byłam niczego pewna. Piłka nożna jest właśnie jedną z takich dyscyplin, gdzie nigdy nic nie wiadomo i wszystko jeszcze może się wydarzyć aż do ostatniego gwizdka.  Właśnie przeglądałam w internecie idiotyczne obrazki, naśmiewające się z naszej reprezentacji. Prychnęłam i może zbyt głośno zamknęłam laptopa.
- Co jest? – spytał Robert, który właśnie przecierając szyję ręcznikiem, wychodził z łazienki.
- Nie, nic. – odpowiedziałam. Ale on spojrzał na mnie podejrzliwie i usiadł obok mnie, zabierając z kolan laptopa i włączając go z powrotem. Ukazała się strona, na której przed chwilą byłam.
- Właśnie się dowiedziałem, że jestem drewnem, który biega tylko i wyłącznie w reklamie Opla. Jak milutko. – uśmiechnął się do ekranu. Wyglądał na takiego, który w ogóle się nie przejmował tym, co o nim i jego kolegach wypisują. Skąd on bierze na to siły?
- Dobra, Robert skończ. – powiedziałam, chcąc zamknąć z powrotem laptopa. Po co ma czytać takie coś przed meczem? Chociaż sądząc po jego dotychczasowym zachowaniu, domyśliłam się, iż spływa to po nim jak po kaczce..
- Czemu? Takie fajne rzeczy tam są.. Nie przeczytałam jeszcze wszystkiego o sobie.. – zrobił podkówkę, a ja cmoknęłam go w usta, ściągając jedną ręką laptopa z jego kolan. Teraz ja zajęłam jego miejsce.
- O której masz trening? – spytałam, zaczynając rozmowę.
- O piętnastej dopiero. Mamy trochę czasu. – poruszył brwiami, jak to on.
- Robert..
- No tak mam na imię, a co?
- Nie wytrzymam już z tobą więcej.. – złapałam się za czoło, uśmiechając delikatnie na widok jego miny.
- No fajnie wiedzieć. Ale spoko, mam jeszcze wiele kandydatek na twoje miejsce. – fuknął.
- Co ty powiedziałeś? – mimo, że doskonale to słyszałam, to jednak z niedowierzania spytałam jeszcze raz.
- Wydaje mi się, że słyszałaś. – powiedział oschle, widocznie równie dobrze urażony co i ja.
- Tak, właśnie słyszałam! I chyba wolałabym być głucha, niż słyszeć coś takiego! – powiedziałam, schodząc mu z kolan.
- Ale nie bierz tego na serio, to taki żart był. No Wiktoria! – krzyknął, kiedy trzasnęłam drzwiami od łazienki.
- Idź do tych swoich kandydatek! - krzyknęłam. Wydawałoby się dziwne, ale właśnie w tym miejscu zawsze czułam się bezpiecznie. Kiedy byłam mała i bałam się burzy, to zawsze chowałam się właśnie do niej. Kiedy pokłóciłam się z rodzicami, leciałam oczywiście do łazienki. No, czasem do pokoju, lecz w łazience miałam większy spokój, bo miałam możliwość zamknięcia się. Te przyzwyczajenia zostały do dziś. Nie no dobra, w sumie poszłam tam nie tylko dlatego, że zarzuciłam focha na piłkarza. Po prostu jak każdy miałam potrzebę. Ale niech wie, że rani mnie takimi słowami i ma tego nie powtarzać.  
- Wiktoria, ŻARTOWAŁEM! – podkreślił ostatnie słowo. Przez małą szybę u góry drzwi widziałam, że opiera na nich głowę.
- Mnie jakoś ten żart nie śmieszył. – odpowiedziałam, nieco łagodniej. Ochłonęłam i spojrzałam na to z innej strony. Tyle ile ja się z niego naśmiewam.. Chyba zbyt duży teatrzyk zrobiłam, a on uwierzył, że poleciałam do łazienki właśnie z jego powodu. 
- Przepraszam, jeśli cię uraziłem. – powiedział, a ja zmiękłam. Otworzyłam drzwi i spojrzałam na niego.
- Ja też przepraszam, to było głupie. – odparłam i przytuliłam się do niego. – Po prostu jestem przewrażliwiona na tym punkcie. To, co zrobił Janek.. wiesz, bo..
- Wszystko rozumiem, przepraszam. Z takich rzeczy nie powinienem się naśmiewać, czy żartować. Wiem co przeżyłaś, dlatego..
- Cii, nie mówmy już o tym. – zakryłam mu twarz dłonią, poczym miejsce mojej ręki zajęły moje usta. Usiedliśmy na łóżku, podszczypując się delikatnie, jak zawsze.
- Roobeeert, nie wiem czy później będę miała okazję, więc teraz chciałabym życzyć ci szczęścia na boisku, żebyś zadowolił wszystkich, a w szczególności mnie, swoją piękną bramką. Albo w sumie to i dwie możesz strzelić, nie obrażę się – uśmiechnęłam się do niego.
- Zrobię.. co… mogę.. żebyś… tylko… była…. zadowolona… - szeptał, a raczej próbował, kiedy obdarowywałam go pocałunkami. Zaczęło  być tak miło, no i oczywiście ktoś przerwał nam waleniem w drzwi. Tak, to było walenie, bo pukaniem tego nie można nazwać. Robert westchnął i ruszył otworzyć drzwi. W drzwiach stanął Przemek.
- Hej. – uśmiechnął się do Roberta.  
- Siema, i jak? – spytał Lewandowski. Usłyszałam ciche westchnięcie, podobne bardziej do odetchnięcia.
- Byliśmy u lekarza. Nie jest w ciąży. – odpowiedział bramkarz, a mnie zamurowało. Przepraszam, co? On zdradził Vanessę? Poderwałam się z miejsca, ukazując swoją obecność.
- Cześć. – bąknęłam. – Sorry, że się wtrącam, ale kto niby miałby być w ciąży? Jak tak mogłeś?!  – spytałam, lekko zdenerwowana. On tylko spojrzał na mnie, to na Roberta, który też się dziwnie na mnie patrzył. – Co jest do cholery?!
- Spokojnie Wika. On nikogo nie zdradził.. Były podejrzenia, że to Vanessa jest w ciąży. – powiedział mój ukochany, a mnie ścięło z nóg. – Myśleliśmy, ze o tym wiesz, bo przecież rozmawiałaś wczoraj z Van.. – mówił, ale nic do mnie nie docierało. Usiadłam na fotelu, chowając twarz w dłoniach. Nie płakałam, ale byłam bardzo blisko temu.  
- Okej, trochę dziwna sytuacja. Może ja już pójdę. – powiedział Przemek, i usłyszałam zatrzaskujące się drzwi. Dlaczego mi nie powiedziała?! Myślałam, ze jestem jej przyjaciółką.. Przecież mówiłyśmy sobie wszystko. Każdy sekret, każdą drobnostkę. Mogłaby się tłumaczyć, że nie miała kiedy, bo faktycznie rzadziej się spotykałyśmy, ale rozmawiałam z nią wczoraj! I to nie minutę, czy dwie, lecz całe dwadzieścia. I nie raczyła w ogóle poinformować mnie o tym, że ma podejrzenia, ze jest w ciąży? No bo zapomnieć o tym się nie da! Robert uklęknął przy mnie.
- Myślałem, że wiesz.. Inaczej bym to.. – nie dałam mu dokończyć.
- Nie miałeś na to wpływu! Nie wiem, czy ona myślała, że się nie dowiem, czy już mi nie ufa… Nie wiem! Ale strasznie to boli! – nie zdołałam już opanować łez. Bobcio przytulił mnie, delikatnie głaskając po plecach.
- Nie płacz.. Myślę, ze wszystko sobie wyjaśnicie. – powiedział.
- Ale co tu wyjaśniać?! Co, powie mi, że zapomniała, że miała podejrzenia, ze jest w ciąży?! – zadawałam sobie mnóstwo pytań. Miałam wrażenie pustki. Wewnętrznej pustki. Chyba właśnie straciłam przyjaciółkę.
- Ale daj jej cokolwiek powiedzieć. Może miała jakiś powód? Nie wiem.. Ale zawsze trzeba dopuścić tą drugą osobę do głosu. – odparł, układając mi włosy, które lekko się zmieniły swój pierwotny wygląd.
- Ale najpierw ta druga osoba musi się postarać o jakąkolwiek rozmowę. – wybąkałam. Robert spojrzał na mnie z litością. W jego oczach dojrzałam troskę, opiekuńczość i gotowość do jakichkolwiek czynów, by tylko zaradzić temu, co się obecnie ze mną dzieję.
- Daj jej trochę czasu. – powiedział i uśmiechnął się do mnie delikatnie, pokazując tym, że mnie wspiera.
- Kocham cię. – wyszeptałam i jak najmocniej potrafiłam, przytuliłam go do siebie.
- Oj, ja ciebie bardziej, grubasie. – na te słowa uśmiechnęłam się delikatnie. Wtedy dało się usłyszeć niepewne stukanie do drzwi. Westchnęłam, bo byłam pewna, że tym gościem jest Vanessa. Robert wstał i otworzył drzwi.
- Tak, jest. Wchodź. – wpuścił „tajemniczą” osobę. Oczywiście, tak jak przypuszczałam, była to moja przyjaciółka. Stanęła niepewnie przede mną. Ja też wstałam i założyłam ręce na piersi, patrząc tępo w podłogę. Robert spojrzał na mnie, upewniając się, czy może wyjść. Kiwnęłam delikatnie głową.
- Wiktoria.. – zaczęła. Bałam się na nią spojrzeć, bo wiedziałam, ze kiedy to zrobię, to się rozkleję. – Chciałam cię bardzo, ale to bardzo przeprosić. Nie wiem, nic nie tłumaczy tego, co zrobiłam. Nie potrafię wyjaśnić tego, dlaczego ci o tym nie powiedziałam..
- Może po prostu mi nie ufasz, co?! – wypaliłam, przerywając jej dotychczasowy monolog. Miałam dość. Chciałam wykrzyczeć jej to wszystko w twarz.
- Nie, nie wiem co mną targało.. ja sama nie mogłam w to uwierzyć, nie chciałam w to uwierzyć. Jestem pewna, że kiedy potwierdziłyby się moje podejrzenia, na pewno dowiedziałabyś się tego ode mnie. – zapewniała.
- W dupę z tym! Nie rozumiesz, że kiedyś powiedziałabyś mi to jako pierwszej, zanim cokolwiek byś zrobiła?! A teraz co?! Dowiedziałabym się jako ostatnia! – wykrzyczałam. Czułam nienawiść, wściekłość, niezrozumienie, poniżenie i odtrącenie.. Wszystko po kolei.
- Ale to nie tak! – złapała mnie za ręce. Wyszarpałam się jej.
- Nie dotykaj mnie! – krzyknęłam jej w twarz. Byłam wściekła. Jeszcze kłamała mi prosto w twarz! Nie poznawałam jej. To nie była ta Vanessa, z którą przyjechałam do Warszawy… - Nawet nie masz pojęcia jak się czuję! Wiedzieli o tym Lewy, Przemek.. prawdopodobnie jeszcze inni, ale ja oczywiście nie! Gdyby Przemek tu nie przyszedł, nigdy pewnie bym się o tym nie dowiedziała! Taka z ciebie świetna przyjaciółka! Dziękuję ci za to bardzo! Za te wszystkie lata przyjaźni, za to wszystko! Bardzo pięknie to wszystko spieprzyłaś! A teraz wyjdź już, bo nie mam ochoty na dalszą rozmowę. – powiedziałam oschle, pokazując dłonią drzwi, a ona zrobiła to co jej kazałam. Osunęłam się na łóżko i nawet nie wiem kiedy całe strumienie łez spływały mi po twarzy. Nic nie jest wstanie opisać tego, co czułam.

Robert

Upewniłem się, czy Wiktoria jest w stanie zostać sama z Vanessą. Kiwnęła smutno głową, więc wyszedłem. Było mi jej strasznie żal. Nie potrafię patrzeć na cierpiącą Wiktorię. A najgorsze jest to, że nie wiedziałem jak jej pomóc.. Wszedłem bez pukania do 312, gdzie z tego co wiem przebywał Wojtek. Nie myliłem się, mój przyjaciel siedział na łóżku i pisał coś na telefonie.
- Nie no, proszę cię bardzo. Po co komu pukanie, tutaj wchodzi się jak do obory. – wzruszył ramionami. Zlałem totalnie to co do mnie mówił. Dla mnie teraz liczyło się tylko to, co dzieje się z Wiktorią. Kiedy ona się śmiała, ja robiłem to samo. Kiedy cierpiała, ja również. – Boże, umarł kto?
- Co, co? – spytałem go mrugając oczami. Nie zwracałem wcale uwagi na to, czy ktoś coś do mnie mówi, czy nie.. Usiadłem na fotelu, opierając kłykcie o uda, pochylając się delikatnie. Taka moja typowa poza, kiedy się denerwuję. Nie wiem czemu..
- Pokłóciłeś się z Wiktorią.. – stwierdził, świdrując mnie wzrokiem.
- Ja? Nie. Wszystko jest w najlepszym porządku. – odpowiedziałem. Spojrzałem na niego, przynajmniej ten miał dobry nastrój.
- No to o co chodzi? Dalej, wywal to z siebie, ulży ci. – uśmiechnął się do mnie zachęcająco. Może i miał racje. W końcu po coś te nogi mnie tu przyciągnęły. Zawsze kiedy miałem kłopot, bezwiednie, nie zdając sobie z tego sprawy szedłem do Wojtka. W sumie to działo i w drugą stronę.  
- Chodzi o Wiktorię i Vanessę. Pokłóciły się. Okazało się, że Van wcale nie powiedziała jej o podejrzeniu ciąży. – odparłem. – Byłem pewien, ze ona o wszystkim wie.. Ale kiedy Przemek przyszedł i zaczął temat, to początkowo wyjechała z jakąś zdradą. Wtedy zrozumiałem, że ona nie ma o tym wszystkim zielonego pojęcia. Najgorsze jest to, że ona naprawdę cierpi, a ja nie umiem jej pomóc.. – westchnąłem i spojrzałem na kompana, w oczekiwaniu, że wujek Wojtek zarzuci jakąś dobrą radą.
- No wcale jej się nie dziwię. Też dałbym ci po ryju, gdybyś nie powiedział mi o czymś tak istotnym. – odparł.  Ojejku, nawet nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Kiedy Wojtek dowiaduje się o czymś ostatni, jest baaardzo niezadowolony, ładnie mówiąc. A co dopiero, gdyby chodziło o mnie..
 - I vice versa. – odpowiedziałem, w razie, gdyby przyszło mu do głowy, żeby wziąć przykład z Vanessy. Wtedy przez ścianę dało się usłyszeć mocno podniesiony głos mojej piękności.
- Ostro tam jadą. – stwierdził, lekko się uśmiechając. No tak, on czymś się przejmie dopiero wtedy, kiedy sam uczestniczy w całym zdarzeniu. Na razie mu to zwiewa i powiewa.
- To wcale nie jest śmieszne. – burknąłem, coraz bardziej podenerwowany stanem psychicznym Wiktorii.
- Ej, właśnie, bo Wika z tą jej pseudo przyjaciółką miały tu pokój. – skrzywiłem się na tą „pseudo przyjaciółkę”. Bądź co bądź, zdążyłem polubić Vanessę.
- No tak, miały. I co w związku z tym? – spytałem, nie rozumiejąc co ma piernik do wiatraka.
- Że znalazłem zdjęcie Wiki i jakiejś dziewczyny. – powiedział, sięgając do szafki nocnej. Wyciągnął z niej zdjęcie. Wręczył mi je. Była na niej moja ukochana i jakaś dosyć ładna blondynka. – Znalazłem pod szafką. Pewnie będzie chciała je odzyskać.
- Okej, dzięki. – odpowiedziałem. Byłem zaintrygowany tym, kim jest tajemnicza blondynka. Ze zdjęcia wywnioskowałem, ze nie jest daleka Wiktorii. Znałem ją skądś. Tylko nie bardzo wiedziałem skąd..
- Co jest? – spytał, bo bez ruchu, ze zmarszczonym czołem przyglądałem się fotografii.
- Skądś znam tą dziewczynę. I usiłuję przypomnieć sobie skąd. – odpowiedziałem. Dalej, rusz te szare komórki..
- Może ją gdzieś kiedyś przeleciałeś? – nabijał się Szczęsny. Spojrzałem na niego spode łba.
- Przelecieć to ci może mucha przed nosem. – fuknąłem. Nie miałem ochoty na żarty.
- To też. – wzruszył ramionami. Wiktoria zza ściany po raz kolejny krzyknęła, a potem wszystko ucichło. Usłyszałem trzaśnięcie drzwiami.
- Dobra, ja już idę, bo Wika pewnie potrzebuje wsparcia. – powiedziałem kiwając głową w kierunku ściany.
- Jasne. Powodzenia. – odparł, a ja uśmiechnąłem się blado. Wiedziałem, że teraz czeka mnie ciężki czas. Kto inny powiedziałby: Daj sobie spokój z pocieszaniem. I tak ci to nie pomoże.. Ale nie ja. Nie poddam się i do znudzenia będę starał się pomóc i nigdzie bez niej nie pójdę. Dopóki nie będzie miała mnie dość. – Ej, Lewy! Bo trener cię jeszcze na chwilę wołał. – dodał. – Sorry, ale zapomniałem ci wcześniej powiedzieć.
- Dobra. – westchnąłem i poszedłem w stronę pokoju trenera. Niestety niepotrzebnie się zlazłem, bo okazało się, że trener gdzieś wyszedł. Z tych wszystkich emocji kopnąłem dosyć mocno w jedną ze ścian korytarza.  Kiedy wszedłem do naszego pokoju, Wiktoria leżała na brzuchu, wtulona w poduszkę. Spała. Z opuchniętymi od płaczu oczami i zaschniętymi łzami na policzkach. Kiedy ujrzałem ją taką, aż ukłuło mnie w sercu. Strasznie bolał taki widok, ukochanej ci osoby.. wziąłem koc z herbem BVB, który dostałem kiedyś od któregoś z chłopaków z drużyny. Przykryłem nią nim i położyłam się obok niej. Odgarnąłem jej włosy, które niesfornie opadały jej na twarz i delikatnie pocałowałem w policzek. Objąłem ją ramieniem, ciągle trzymając w dłoni jej zdjęcie z tą dziewczyną. Kiedy chciałem je położyć na szafce, niechcący zauważyłem, że na odwrocie jest coś napisane. Nie było to pismo Wiktorii.

Kocham cię mordko! Nie smutaj, w końcu się zobaczymy! Te dwa tygodnie zlecą, jak nie wiem. Powodzenia na mistrzostwach, pierwsze miejsce mi przywieź. Poznań będzie na Ciebie czekał! Buziaki, Majka :*


Teraz wszystko jasne! Poznań, Majka. No, tak! Nie myliłem się. Kręciłem głową z niedowierzaniem. Oj, Wiktoria.. Chyba mamy wspólną znajomą..  


Przepraszam, jak zawsze. Tym razem za długość.. Wybaczcie, ale miałam naprawdę teraz straszny tydzień w szkole, cały zawalony kartkówkami, pytaniami i sprawdzianami. Na gwałt, bo zakończenie roku. No i wyszło, jak wyszło. Kompletnie nie miałam czasu, tym bardziej na siedzenie przed laptopem. Mam nadzieję, że się nie gniewacie, postaram się zrekompensować :> Chciałam też poruszyć temat o Liebster Award. DZIĘKUJĘ BARDZO ZA NOMINACJE, JESTEM BARDZO WDZIĘCZNA! Odpowiedzi na pytania i moje nominacje.. wszystko pojawi się po weekendzie, bo sobotę też mam zajętą. Muszę odpowiedzieć na 66 pytań, a przy mojej dyspozycji czasowej, jest to bardzo trudne.. Do tego sama muszę wymyślić jakieś sensowne pytania, więc dajcie mi troszkę czasu. Dziękuję za te liczne odwiedziny, niedługo będzie 30 tysięcy! ♥ Mam nadzieję, że i tym razem będę mogła uśmiechać się do ekranu, czytając Wasze liczne komentarze. Dlatego też do dzieła! Kocham Was! :* 
Aha, no i jak pewnie zauważyłyście pojawia się powoli nowa bohaterka. Jej krótki opis jest już od bardzo dawna w zakładce BOHATEROWIE. Jeśli ktoś jeszcze jej nie widział, to odsyłam do tego miejsca ;> 

piątek, 31 maja 2013

Rozdział 26.

- Chciałabym cię przeprosić. – po wypowiedzeniu tych słów odetchnęłam głęboko w duchu, choć początkowo te słowa do mnie nie docierały. Nic nie jest w stanie opisać ulgi, której przed chwilą doznałam. Bałam się, że będzie jak w jakiś durnych serialach i ona tylko udaje przed rodziną, że mnie lubi, a teraz będzie się znęcać nade mną psychicznie.. – Zrozumiałam, że bezpodstawnie i źle cię oceniłam. Jesteś bardzo dobrą i miłą dziewczyną. Znaczy tak mi się wydaje, kiedy spojrzałam na ciebie bardziej..hm, obiektywnie. – wyjaśniła i uśmiechnęła się delikatnie. - Nie liczy się to, że jesteś cztery lata młodsza od mojego syna. Faktycznie jesteś dojrzała psychicznie. Przez ten czas, kiedy byłaś z Milenką na górze, to rozmawiałam z Robertem tutaj. I wtedy uświadomiłam sobie swój błąd. Mam nadzieję, że stosunki między nami będą dobre, a ty nie będziesz wspominała tego, co było wcześniej. – spojrzała na mnie niepewnie, czekając pewnie na moją reakcje. Myślałam, że będę musiała dłużej czekać na takie wyznanie z jej strony. Ale zostałam mile zaskoczona.
- Naprawdę nic się nie stało, pani Iwono. – odezwałam się, choć z trudem. Tak w sekundę o wszystkim nie zapomnę, ale myślę, że jestem na dobrej drodze. – Rozumiem, że jest pani ciężko przyzwyczaić się do tego, że pani syn jest już dorosły i zaczyna układać sobie życie z inną kobietą, która przejęła pani obowiązki. Cieszę się, że pani to zrozumiała. – uśmiechnęłam się do niej.
- Więc topór wojenny zakopany? – upewniła się i po jej minie wywnioskowałam, że bardzo jej ulżyło.
- Tak, myślę, ze tak. – zaśmiałam się, a pani Iwona przytuliła mnie do siebie. To był raczej impuls, ale trzeba przyznać, że bardzo miły.
- Matko Boska, Robeeerttt!!!!! – krzyknęła Milena, która właśnie weszła do kuchni. Lewy jak oparzony wstał z krzesła, przewracając je przy okazji. Wpadł przestraszony i zdezorientowany do kuchni. – Zobacz, one się przytulają! – dodała już nieco ciszej, ale nadal podekscytowana. Lewandowski fuknął coś do siostry o tym, że są marne szanse, że w przyszłym sezonie zagra, jeśli jego rodzona siostra dąży do tego, żeby ten wydawał na rehabilitacje. Z Iwoną zaśmiałyśmy się cicho i jęknęłyśmy, kiedy Mila z całym impetem walnęła w nas, żeby zrobić zbiorowy ścisk. Robert patrzył na nas z bananem na twarzy, opierając się o futrynę.
- Wiecie co? Nie spodziewałem się, że ten moment nadejdzie tak szybko.. – odezwał się w końcu. Podszedł do nas i pocałował każdą w czoło. – Moje trzy najważniejsze kobiety na świecie.. – szepnął, a mnie to tak poruszyło, że z trudem powstrzymałam krążącą wokół oka łzę.
- Mamuśka.. A co będzie na deser? – oczywiście Mila zmieniła diametralnie czułą atmosferę, w śmiechy i kręcenie głowami.
- Przecież niedawno co skończyłaś jeść drugie danie, a już o deser pytasz, grubasie? No druga Wiktoria! – stęknął jedyny mężczyzna w tym domu.
- Ojejku, zapytać już nie można? – odezwała się z lekkim wyrzutem.
- Dobra, dzieciaki, bo przeczuwam już sprzeczkę. Jeśli mnie puścicie, to będą chyba większe szanse na to, że cokolwiek zjecie. – uśmiechnęła się do nas, a my spełniliśmy jej prośbę. Ona odetchnęła głęboko. – Czułości czułościami, ale takie bezpieczne to one nie są. Jeszcze chwila, a wynosilibyście mnie tu nogami do przodu! – zaśmiała się, wachlując dłonią przed twarzą. Spojrzała na mnie. – Dokończymy pracę? Bo ktoś nam tutaj przerwał.. – jej wzrok padł na Milenę, która uśmiechała się, zgrywając niewiniątko.
- Jasne, jasne. – odpowiedziałam i puściłam oczko do Roberta. On posłał mi buziaka w powietrzu i podszczypując Milenę wyszedł z nią z kuchni. My z kolei wróciłyśmy do przerwanego zajęcia.
- Wiktoria? Bo ja potrzebuję pewnej rady.. – spojrzała na mnie, nie przerywając mycia naczyń. Czy ja dobrze słyszę? Iwona Lewandowska, ta która niedawno miała do mnie problemy, że jestem za młoda dla jej syna, teraz prosi o radę? Co się na tym świecie dzieje.. – Nie mam z kim porozmawiać za bardzo, a nie chcę na razie mieszać w to nikogo z rodziny.. – ciągnęła. Aha, czyli nie ma zamiaru wpuścić mnie do swojej rodziny? Wszystko ładnie, pięknie, ale Kochańska do jej rodziny nie wejdzie, tak? Dobra, nie dramatyzuj kobieto. Jednak zobaczyła moją wcześniejszą minę. – Znaczy nie zrozum mnie źle, nie chodzi o to, że nie będziesz moją rodziną, ale wiesz.. chodzi mi o to, że nie chcę na razie mieszać w to swoich dzieci. Muszę najpierw to przemyśleć i pomyślałam, że może ty mi coś poradzisz.. – spojrzała na mnie. Chyba wypadało coś powiedzieć..
- Jasne, nie wiem czy jestem do końca w stanie pomóc, ale zawsze warto próbować. – uśmiechnęłam się do niej, zachęcając do dalszej opowieści.
- Od pewnego czasu mam problemy ze zdrowiem. – rzuciła. Widząc moją przerażoną lekko minę dodała szybko: - Nie są poważne. – uśmiechnęła się. – Ale jednak są. Ciągła praca w szkole, w hałasie i stresie.. Mam problemy z kręgosłupem i raz to nawet zasłabłam z przemęczenia.. Ale nie mów na razie o tym Robertowi. I Milence też nie. Dobrze?
- Jak sobie pani życzy. Tylko o takich rzeczach oni chyba powinni wiedzieć.. – nasunęłam. Nie chciałabym żeby moja mama ukrywała przede mną coś takiego. Zasłabnięcie to niby nic, ale jednak samo z siebie nie wyniknęło.
- Tak wiem. Ale to w swoim czasie. – uśmiechnęła się lekko. – I kiedy byłam u lekarza, to on zaproponował mi wyjazd na Mazury, do sanatorium.. I nie wiem zbytnio co z tym fantem zrobić.. – spojrzała na mnie, oczekując chyba porady. No cóż..
- Myślę, że to świetny pomysł i powinna pani z niego skorzystać! – powiedziałam żywo. – Odpocznie pani nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Teraz jest to pani chyba potrzebne, nie uważa pani? – spojrzałam na nią.
- Chyba masz rację.. Ale nie chcę zostawiać wszystkiego tutaj.. Martwię się o Milenę, bo ona zostałaby sama.. Bo o Roberta chyba nie muszę. – uśmiechnęła się do mnie.
- Nie, oczywiście, ze nie. – na mojej twarzy zagościł uśmiech. – Ale myślę, że o Milę również pani nie powinna. W razie czego weźmiemy ją do siebie, ona też jest przecież dorosła. Załapałam z nią kontakt, więc nie miałybyśmy chyba problemu z tym. – widziałam zawahanie na twarzy matki mojego lubego. Uspokoiłam ją lekko, ale jednak cały czas coś ją tu zatrzymywało..
- No nie wiem.. Dziękuję bardzo, za to, że chcesz mi pomóc. To bardzo miłe, ale jednak cały czas nie jestem pewna.. – można było ujrzeć na jej zmęczonej już lekko twarzy zakłopotanie i wyrazy zadumy.
- Mówię szczerze. Nie to, że panią wyganiam, czy coś. Mówię tak, jakbym poradziła swojej mamie. Myślę, że odpoczynek dobrze pani zrobi. A jeśli Robert i Milena są jedynym problemem, to nie ma się o co pani martwić. Oni są już dorośli, umieją się sobą zająć. I jeżeli to pani pomoże, to mogę obiecać, że szczególnie się nimi zajmę. Dopilnuję, żeby jedli, żeby się wysypiali i nie robili głupstw. – uśmiechnęłam się do niej.
- Wiesz co, chyba coraz bardziej przekonuję się do tego wyjazdu. Masz rację, teraz są wakacje, nie muszę martwić się o pracę. Do tego mam już dorosłe dzieci i te dwa tygodnie nic nie zmienią w ich życiu. – uśmiechnęła się. – Dziękuję ci bardzo. – dodała, kiedy wycierałam ostatni talerz.
- Nie ma pani za co. – posłałam jej uśmiech. – Kiedy powie pani Mili i Robertowi?
- Za chwilę. – odparła i spojrzała na mnie. – Naprawdę jesteś taka, jaką przedstawił mi cię Robert. Cieszę się, że w końcu znalazł sobie rozważną dziewczynę. – oho, wiedziałam, że Lewy maczał w tym palce. Ale muszę powiedzieć, że bardzo cieszyłam się, że jego mama mnie zaakceptowała. – Wiesz co kochana? Możesz już pójść tam do nich, ja szybciutko przygotuję deser i do was dołączę.
- Okej, na pewno nie będzie potrzebowała pani pomocy? – upewniłam się. Za żadne skarby nie chciałam dopuścić do pogorszenia naszych stosunków, więc dążyłam do tego, co przed chwilą się rozpoczęło, czyli relacja przyszła synowa – przyszła teściowa.
- Nie, dziękuję ci już bardzo. – obdarzyła mnie uśmiechem i zaczęła krzątać się po kuchni. Ja odwróciłam się i poszłam do salonu, gdzie ujrzałam rozwalonych na sobie Milę i Bobcia. Ich widok bardzo mnie rozbawił i jeszcze bardziej ocieplił w środku. Mieli zwykłe, słodkie sprzeczki, jakie mają rodzeństwa w każdej normalniej rodzinie. To było takie naturalne. Kłócili się, ale równocześnie kochali, nie potrafiąc bez siebie żyć. Podeszłam do nich i mimo ich protestów walnęłam się na nich, jakby mało mieli obciążenia po obiedzie..
- Jezus Maryyja! Ja chyba pójdę do łazienki.. – westchnęła i wstała z kanapy, łapiąc się za brzuch.
- A o deser wypytuje! Potem łazi taka po domu i stęka, że jest za gruba.. – Lewandowski westchnął teatralnie, za co oberwał w głowę.
- Ej, Wicia. Aż tak źle ze mną nie jest, nie? – powiedziała, zdejmując ręce z brzucha i oglądając się w odbiciu w szklanej szybie regału.
- Nie no, bywało gorzej.. – wzruszyłam ramionami i mimowolnie uśmiechnęłam się słysząc rechot Roberta. Milena spojrzała na nas z wyrzutem i tupiąc nogą, odwróciła się i poszła na górę. Ułożyłam się obok Lewego, żeby widzieć jego twarz.
- Widzisz? Mówiłem ci, że wszystko się ułoży.. – z uśmiechem dotknął mój nos.
- Ale przyznaj, że też nie spodziewałeś się, że nadejdzie to tak szybko.. – rzuciłam z podniesioną brwią.
- No szczerze mówiąc, rezultatów po swojej gadce to spodziewałem się za jakiś tydzień, lub dwa. Ale widzisz jak musiałem cię wychwalać, że efekty były już po 10 minutach! – uśmiechnął się do mnie, a ja przewróciłam oczami.
- Buhahaha, no śmieszny jesteś niczym w reklamie opla. – bąknęłam, starając opanować uśmiech, który mimowolnie zagościł po minie mojego ukochanego, który zaśmiał się ironicznie.
- Jestem piłkarzem, nie aktorem. To świadczy o tym, że gram fair na boisku. – rzucił na swoją obronę.
- Tak? A odnosiłam inne wrażenie.. – zmarszczyłam brwi, obrywając za to wszystko delikatnym klepnięciem w głowę.
- Serio było aż tak źle?
- Nie, żartowałam sobie. Leonardo DiCaprio to z ciebie nie będzie, ale swoim aktorskim poziomem rozwaliłeś niejednego z aktorów Trudnych Spraw. Więc sukces, kochany, sukces! – pozwoliłam sobie na kolejny żart o jego osobie. Chyba przegięłam, bo ukochany odwrócił się do mnie plecami, nic nie mówiąc. Eh, co ja teraz zrobię? - Ej no Robert, podobno jesteś takim mistrzem żartu.. – zaczęłam, pukając go w plecy. Nic, cisza. – Przecież nie chciałam, to było tak na rozluźnienie atmosfery..
- To sobie rozluźniaj atmosferę inaczej niż moim kosztem, co? – fuknął, odwracając się do mnie. Moje usta drgały, a potem ułożyły się w uśmiechu. Lewy popatrzył na mnie i zaraz po tym obaj wybuchnęliśmy śmiechem. – Ej, ale mówię serio. Nie lubię jak mnie gasisz!
- A ty pożar j.. – nie dokończyłam, bo zostałam zmrożona wzrokiem. – No dobrze, dobrze.
- Ale obiecujesz? – w odpowiedzi kiwnęłam głową i pocałowałam go delikatnie, obejmując jego szyję.
- Nie chcę wam gołąbki przeszkadzać, ale już chyba wystarczająco stoję tutaj.. – odezwała się Milena z uśmiechem opierająca się o framugę drzwi. Najpierw zdezorientowanie się na nią spojrzeliśmy, ale potem wybuchliśmy śmiechem.
- Serio stałaś tutaj, bo nie chciałaś nam przeszkadzać? – kiedy potwierdziła to ruchem głowy, razem z Robertem zrobiliśmy podwójnego facepalma. Przyleciała do nas i położyła obok, a raczej na nas.
- Wiecie co? Chyba więcej męczymy się niż odpoczywamy.. – mruknął Robert.
- No więc właśnie, powinieneś pójść na podłogę.. – odpowiedziała Milena, pokazując mu błyszczące aż, brązowe panele, na którym widniał puszysty dywan, w podobnym odcieniu.
- Dobra, jak sobie chcecie. Żeby Robert Lewandowski leżał na podłodze w swoim własnym domu! – mimo swojego rozżalenia uśmiechnął się delikatnie. Zadowolone z Mileną położyłyśmy się na kanapie, ja po jednej stronie, ona po drugiej. Robert już układał się na dywanie, ale wrócił do mnie i chamsko wyrwał mi poduszkę z pod głowy.
- Ej!! – krzyknęłam oburzona.
- Ciesz się, ze leżysz sobie tutaj na MOJEJ wygodnej kanapie. – stwierdził, a ja zarzuciłam mu takiego focha, że aż głowa mała. Pewnie bym mu zarzuciła ripostą, ale coś mu chyba obiecałam.. Chociaż nie było mowy o odzywkach, tylko o żartach.. Robertowi zawibrował telefon. Wyciągnął go i po przeczytaniu czegoś, co miało miejsce na ekranie uśmiechnął się szeroko. Ale my z Mileną szłyśmy w zaparte i nawet nie myślałyśmy o uśmiechu. Ona gniewała się o to co było wcześniej, a ja o brutalne wyrwanie mi poduszki z pod głowy, co oznaczało mocne uderzenie w rant kanapy. Właśnie weszła do nas pani Iwona z świeżo upieczonym ciastem.
- Co taki pogrzebowe miny? Bobek, znowu im naubliżałeś! – zarzuciła mu Iwona.
- Czemu zawsze jest na mnie?! – obruszył się, odkładając telefon na ławę.
- Bo to ty zawsze musisz komuś robić na złość!
- Dokładnie, ma pani świętą rację! – przytaknęłam jej, a ona kładąc ówcześnie ciasto na stół, złapała się pod biodra. Z politowaniem spojrzała na Roberta, a ja wytknęłam mu język tak, żeby jego rodzicielka tego nie zauważyła.
- Głupia małpa! – wyzwał mnie. Poczułam się jakbym była w podstawówce i wyzywała się ze swoim kolegą, który pociągnął mnie za warkoczyk.
- O, słyszy pani? Ja już nie mam siły na te wyzwiska! – skarżyłam się. Lewy aż się podniósł z miejsca.
- Ja też już nie mam siły! Bardzo nieładnie się zachowujesz, Robert. Nie dostajesz deseru! – zdecydowała, ale widziałam, że pod nosem lekko się uśmiecha.
- Ale mamo! Wszystko tylko nie deser! – mówił zdruzgotany, błagając na kolanach o chociaż mały kawałek pysznie wyglądającego ciasta. Teraz to już żadna z nas nie mogła powstrzymać śmiechu.

       W ostateczności nasz teatrzyk zakończył się tym, że Robert musiał pocałować w rękę i mnie i Milenę, w ramach przeprosin za wyrządzone szkody. Początkowo odmówił wykonania nakazu nadanego przez swoją mamę, ale jak sędzia Iwona wydała wyrok, nie wolno mu się przeciwstawić. Ogólnie cały czas dominowałyśmy i naśmiewałyśmy się z Lewego, który nie pozostawał nam dłużny. Kiedy wychodziłam brzuch bolał mnie nie tylko z objedzenia, ale i ze śmiechu. Bardzo dobrze i ciepło kojarzył mi się ten dom. Może wchodząc do niego tego nie odczuwałam, ale teraz jestem pewna, że będę chciała od niego wrócić. Pani Iwona powiedziała dzieciom o sanatorium i o stanie swojego zdrowia. Początkowo zmartwili się, ale zaraz potem przeszło im to w zapomnienie i zaświeciły im się oczy. Oczywiście mieli wizję, żeby pod nieobecność mamy skorzystać z wolnego domu i zrobić Project X by Lewandowscy, ale kiedy pani Iwona załapała co to znaczy, to od razu wybiła im to z głowy. Ale ja jednak swoje wiem i mimo, że zapewniałam, że zaopiekuję się nimi i domem (i oczywiście, że będę zapobiegać grubym melanżom), to i tak byłam pewna, że bez imprezy się nie obejdzie. Kiedy mijaliśmy pierwsze skrzyżowanie w radiu leciała piosenka, którą doskonale znaliśmy, chociażby z imprez. Robert od razu się uśmiechnął, z pewnością kojarząc sobie z czymś tekst. 
- Tonight I will love, love you to night
Give me everything tonight
For all we know we might not get tomorrow
Let's do it tonight *
- śpiewał już na cały głos, kiwając głową.
- Pięknie śpiewasz. – stwierdziłam z uśmiechem. – A poza tym to coś sugerujesz? – uniosłam brew. On tylko wyszczerzył się.
- No chyba lepiej, żebym śpiewał ci to, niż powiedział coś w stylu: ej, chodź się bzykać, nie? – spytał rozbawiony. Ta jego bezpośredniość czasem mnie przeraża..
- Z dwojga złego lepsze i to. – wzruszyłam ramionami, nie mogąc ukryć uśmiechu. Słodziak mi się trawił nie ma co! Wcale nie musiał śpiewać i tak chcę powtórzyć wydarzenia z ostatniego wieczora.. Okej, ta piosenka chyba źle na mnie działa..
- Z dwojga złego? Aż tak tego nie lubisz? – mimo zachodzącego już słońca, który uporczywie wpadał na szyby i uniemożliwiał nam dokładne patrzenie, to jednak dało się zauważyć zawód widniejący na jego twarzy. Pokręciłam głową.
- Put it on my life baby
I'll make you feel right baby
Can’t promise tomorrow
But I promise tonight **
– odpowiedziałam mu kolejnym tekstem piosenki. Zachód słońca lekko mnie zaślepiał i nie widziałam za bardzo jego reakcji. Usłyszałam jednak cichy śmiech, który prawdopodobnie mówił, że nie miał mi tego za złe. Uśmiechnęłam się i odwróciłam do okna, bo słońce uparcie dawało mi po oczach.
- You know what? I can’ t wait for the evening. – usłyszałam, na co zaśmiałam się cicho.
- Dobra, dobra po się za słodko zrobiło.. – spojrzałam na niego, a on na mnie. Jego wzrok mówił wszystko, więc prychnęłam. – Okay, me too. – odpowiedziałam, przewracając oczami.
- No, i tak ma być. – stwierdził uśmiechając się. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, to tuż po przekroczeniu progu ujrzeliśmy Wojtka, który był już w lepszym stanie, choć mówił jeszcze bardzo cicho. Nie wiem czy problemy z gardłem, słuchem czy może głową. Ta, to ostatnie pod każdym względem jest trafnym stwierdzeniem. On codziennie ma coś z głową i będzie już to miał do końca.
- Ty sukinkocie, nie mogłeś odpisać?! Serio was szukałem.. – dopadł do nas. Oho, zaczyna się. To pewnie on był nadawcą wiadomości, po której Lewus tak dziko się uśmiechał.
- Po pierwsze: nie muszę się tobie spowiadać, a po drugie: nie stało się chyba nic wielkiego. Przynajmniej szybciej otrzeźwiałeś, szukając nas... – pokręcił głową.
- Buhahaha, ale się uśmiałem! – powiedział sarkastycznie, olewając Lewandowskiego. – Wikusiu moja kochana. Jego to nie ostrzegam, bo z debilem kłócić się nie będę. Ale ty się nie zdziw, bo w pokoju masz watahę niewyżytych idiotów. Taka mieszanka orangutanów z pacynkami, wiesz.. – zaśmiał się cicho, co i mi się udzieliło.
- Dziękuję za ostrzeżenie. Okej, chodźmy zmierzyć się z tymi.. – nie dokończyłam.
- Nono. Nie wyrażajmy się już. – przerwał mi Wojtek i poszliśmy w kierunku 313. W windzie chłopacy z powrotem zaczęli konwersacje. Ci to też bez siebie to nie mogą.. Kiedy weszliśmy do pokoju, mnie zamurowało. Kuba wylegiwał się na łóżku, oczywiście po mojej stronie, Piszczu siedział wyluzowany obok niego, Przemek leżał na dywanie z Vanessą na sobie, Mario półleżał na fotelu, z Marco na kolanach, a Wasyl stał przy mojej komodzie, przy otwartej szafce z moją bielizną. Wszystko z tym ostatnim byłoby w porządku, gdyby nie to, że zakładał właśnie na siebie mój granatowy stanik, który kupiłam sobie przed wyjazdem tutaj. Tak, Van miała rację. Przydał się! Specjalnie do tego, żeby Wasilewski mocował się z zapięciem, próbując się dopiąć. Szczegół, że ten ma bary na dwa metry wzdłuż i wszerz.. Lewandowski śmiał się w kącie, prawdopodobnie z widoku stopera reprezentacji.
- Serio? Weź, bo mi go porozciągasz, debilu. – podeszłam do niego i zwinnym ruchem zdjęłam z niego stanik, wsadzając go do szuflady, którą zamknęłam z wielkim hukiem.
- Ale naprawdę mi się spodobał! Tak sobie pomyślałem, że może od czasu do czasu byś mi go pożyczyła, co? – spojrzał na mnie, a ja nie wiedziałam czy się śmiać, czy płakać.
- A ja tak sobie pomyślałam i stwierdziłam, że naprawdę odpieprza ci już totalnie. – odparłam, ale nie mogłam powstrzymać uśmiechu. No debil. Istny przykład polskiego debilizmu! Wśród nas rozległ się głośny dzwonek telefonu. Po stwierdzeniu, który nie nadawało się na powtórzenie, okazało się, że telefon był nikogo innego, jak pana Szczęsnego.
- Ej, cicho, bo patrol. – powiedział i odebrał. – O cześć mamo! Nie, nic mi nie jest. Mówię tak cicho, bo.. bo jestem w kościele. – już niczego innego nie mógł wymyślić, tylko, że jest o godzinie 20.00 w środku tygodnia w kościele. Brawo, Szczęsny! – A bo ja jestem na tych.. gorzkich żalach.. no rozmawiam, bo jestem w tej kapliczce obok. Tak, sam siedzę. Ogólnie mało jest ludzi. No bo zrozumiałem, że powinienem gorzko żałować swoich haniebnych czynów.
- Ej, to ja będę robił tło.. – rzucił cicho Wasilewski. – Madonno, Czarna Madonno, jak dobrze twym dzieckiem być.. – śpiewał ze splecionymi dłońmi, umieszczonymi przy mostku. Taka typowa poza tak zwanych moherowych berecików. Śpiewając to, minę miał tak poważną, że ledwo powstrzymywaliśmy śmiech. Wojtek pokazał ruchem ręki, żeby ktoś go uciszył. A że byłam najbliżej niego, to walnęłam go z całej siły w głowę, tak, że aż mnie ręka zabolała. Wasilewski syknął i przerywając swoje kościelne arie, złapał się za głowę.
- Tak, tak mamo. Przepraszam, ale ksiądz z tacą idzie. No, buziaki. – zakończył rozmowę Wojtek i od razu po tym, jak nacisnął czerwoną słuchawkę wszyscy wybuchnęli śmiechem. Nawet zaraziło to dwóch Niemców, którzy nie bardzo wiedzieli o co chodzi.
- Nie no, gratuluję Szczęsny! Nie ma to jak rozmawiać w kościele na gorzkich żalach, o godz. 20.00 w czwartek. – odezwał się kpiącym tonem Lewandowski. 
- Oj tam, ważne, że połknęła. Na moje szczęście nie jest przykładną katoliczką. – uśmiechnął się i usiadł na łóżku, wciskając się między Piszczka i Błaszczykowskiego. Właśnie, ten ostatni coś mi nie pasował..
- Kubulek, serce.. Co tak cicho dzisiaj? – spytałam, udając lekkie zaniepokojenie.
- Dzisiaj jestem nie do życia dzisiaj, kotek.. – westchnął. Cisnęło mi się stwierdzenie, że trzeba było tyle nie pić, ale jak już sobie słodzimy, to słodzimy.
- Dobra, idziemy już, bo nasze gołąbki chcą pewnie zostać same.. – mądra Bielecka! Posłałam jej pełne wdzięczności spojrzenie, na które odpowiedziała uśmiechem i buziakiem w powietrzu. Po kilku minutach (przedłużało się wielkie pożegnanie, bo trudno było im pójść aż do pokoju obok. Boże, nie spotkamy się przez 12 godzin! Straszne, nie?) z Lewym mogliśmy już odetchnąć. Zdjęłam buty i położyłam się obok Roberta na łóżku. Ten podpierając na ramieniu patrzył się na mnie.
- To co z tym givaniem sobie? – spytał, poruszając zawadiacko brwiami. Pokręciłam oczami i zaśmiałam się cicho.
- Przecież po 20.00 dopiero.. – odpowiedziałam, spoglądając na zegarek.
- A to masz ustaloną godzinę? – uśmiechnął się. – Bo nie wiem, czy jestem w stanie aż tyle czekać.. – mruknął, całują mnie ramię. Prychnęłam.
- A czy kiedykolwiek mogłeś się na coś doczekać? – uniosłam brew. On uśmiechnął się delikatnie, ukazując swoje dołeczki w policzkach.
- Jeśli chodzi o coś związanego z tobą, to nie. – odparł z uśmiechem i w momencie znalazł się nade mną. Wzięłam jego twarz w dłonie, błądząc kciukami po wgłębieniach, które powstawały na skutek uśmiechania się mojego ukochanego.
- Kocham cię, głuptasie. – powiedziałam, chyba pierwszy raz tak wprost swoje uczucia w stosunku do niego. W odpowiedzi dostałam wyjątkowego buziaka, który zapoczątkował to, co planowaliśmy wcześniej.
* Tej nocy będę cię kochał,
Daj mi wszystko tej nocy
Bo jak wszyscy wiemy możemy nie doczekać jutra
Zróbmy to tej nocy


** Zdaj się na moje życie, kochanie
Sprawię że poczujesz się wspaniale, kochanie
Jutra nie mogę ci obiecać
Ale dziś obiecuję. 

Witajcie w dobrze zapowiadający się dla mnie piątek! No i jak zawsze tradycyjnie przeprosiny: z rozdziałem wyrabiam się przepisowo, ale jego zawartość jest okropna. Wybaczcie za to coś, czym Was uraczyłam.. Ostatnie tygodnie były dla mnie naprawdę ciężkie, uśmiechałam się tylko kiedy byłam ze znajomymi, a potem w domu.. Traciłam wiarę w siebie i swoje możliwości. Odnosiłam, a tak naprawdę wciąż odnoszę wrażenie, że nic mi nie wychodzi i nie osiągnę tego, co chcę.. Ale już wczoraj przywitała wszystkich "stara" Wiktoria - ta uśmiechnięta bez powodu, gadająca na prawo i lewo o ukochanej Borussii i Lewandowskim. Wszystkim działałam już na nerwy z tymi opowiadaniami i mimo, że się wkurzałam, że nikt mnie nie słucha, to jednak wgłębi siebie cieszyłam się jak głupia, że znów jestem tak jakby sobą. Tylko boję się, że kiedy wrócę do szkoły i zacznę przejmować się ocenami końcowymi i tym wszystkim, to wszystko to powróci.. Ale na razie cieszę się każdą chwilą i znów zarażam tym wszystkich! Przepraszam, że Was tak przynudzam, ale komuś musiałam się pochwalić, a że jestem z Wami blisko, a raczej staram się być, no to wiecie :* Obiecałam sobie, że pokażę Wam taką składankę z wycieczki z Berlina, składającej się z kilku zdjęć..Ale jestem za leniwa i nie chce mi się ich teraz obrabiać i zgrywać na laptop. Tak, okrutna ja. No i znów przepraszam za zaległości u Was, które postaram się nadrobić! Ale bronię się tym, co wyżej napisałam. Postaram się w weekend wszystko skomentować i przeczytać. Dziękuję za liczne odwiedziny i komentarze, kocham! ♥ 

środa, 22 maja 2013

Rozdział 25.


Nie wiem zbytnio ile czasu spędziłam nad rozmyślaniem o tym dniu oraz o moim związku z Robertem. Pewnie dumałabym nad tym jeszcze dłużej, ale Lewandowski zdążył wyjść z łazienki. A co się z tym wiąże? Brak spokoju do rozmyśleń, bo przecież temu to się wiecznie nudzi! Leżałam na brzuchu, tyłem do drzwi prowadzących do łazienki. I to był mój błąd.. Nie zdążyłam zrobić nic, poczułam tylko jak Robert wskakuje mi na plecy.
- Ta, spoko. Możesz tak sobie na mnie leżeć, uwielbiam jak mnie ktoś gniecie i nie mogę oddychać. – stwierdziłam uśmiechając się delikatnie na łaskotanie po szyi, które powodował swoimi pocałunkami. Szybkim i zwinnym ruchem obrócił mnie przodem do siebie, przenosząc swoje usta z szyi do moich warg. Całował mnie namiętnie, lecz z wyczuciem. Był subtelny, delikatny, romantyczny, a zarazem bardzo intrygujący i zaskakujący. Błądził rękami po moich plecach i brzuchu. Wiedziałam do czego to zmierza i najgorsze było to, że wcale nie protestowałam! Przez kilka pierwszych chwil biłam się ze swoimi myślami, ale zaraz potem oddałam się przyjemnościom. Objęłam go nogami i zmieniłam naszą pozycję, tak ot. Teraz to ja byłam nad nim i zaczęłam ściągać jego koszulkę. Lubiłam dominować, podobnie zresztą do Lewego.
- Ej! – obruszył się, na co spojrzałam na niego zdezorientowana. W odpowiedzi z powrotem przewrócił mnie na plecy. – To ja będę dominować. – ostrzegł, na co prychnęłam.
- A ja ci na to nie pozwolę. – wyszeptałam tuż przy jego uchu.
- Myślę, że może być ciekawie. – uśmiechnął się, ściągając ze mnie koszulkę. Z powrotem rozpoczął poznawanie mojego ciała, całując każdy jego milimetr. Czułam się niesamowicie, z każdym jego pocałunkiem pragnęłam go coraz bardziej. Kiedy dotarł do podbrzusza, jednym zwinnym ruchem ściągnął jedyne to, co miałam na sobie – dolną partię bielizny. Pochłaniał oczami każdą część mojego ciała, uśmiechając się łobuzersko. Tak jak ostrzegałam, zaczęła się moja dominacja. Przewróciłam go na łóżko, siadając na nim okrakiem na wysokości jego bioder. Całowałam jego nagie, umięśnione ramiona, przygryzając delikatnie obojczyk. Po chwili po raz kolejny byłam milimetry od jego twarzy. Droczyłam się z nim odsuwając delikatnie, kiedy ten próbował mnie pocałować. Zniecierpliwiony powalił mnie na łóżko, przytrzymując głowę, bym znów mu nie uciekła. Wbił się w moje usta z zachłannością, której jeszcze nigdy mi nie ukazał. Kiedy zajmował się moimi ustami i językiem, postanowiłam nie tracić czasu i wędrując dłońmi po jego idealnie wyrzeźbionym brzuchu dotarłam do czarnych bokserek, które znikały właśnie w kącie naszego pokoju. Ułożyliśmy się wygodniej i napastnik zajął się wewnętrzną stroną moich ud, co sprawiało mi niesamowicie wiele przyjemności. Po chwili przejechał ręką po moim biodrze, a potem brzuchu, by dotrzeć do wgłębienia w dolnej części pleców. Objął mnie tak, że czułam się cholernie bezpiecznie. Nasze oczy się spotkały. Dotknęłam jego policzka i pocałowałam delikatnie, dając zielone światło do dalszych działań.


       Obudziłam się otulona ramionami Roberta. Pierwszy raz od dłuższego czasu otworzyłam oczy z uśmiechem, ciesząc się z nawet jeszcze nierozpoczętego dnia. I pomyśleć, że to wszystko dzięki jednemu, na pozór zwykłemu człowiekowi. Sądząc po jego miarowym i głębokim oddechu, stwierdziłam, że jeszcze spał, dlatego powstrzymywałam się od gwałtownych ruchów. Patrząc się z nieschodzącym z twarzy uśmiechem w beżowe, uspokajające ściany pokoju, jeździłam opuszkiem palca po jego ręce. Czułam się wspaniale. Zupełnie nie żałowałam swojej decyzji. Mogę śmiało stwierdzić, że wydaję mi się, że to jeden z moich najlepszych wyborów! Mimo, że byliśmy ze sobą od bardzo niedawna to jednak czułam się, jakbym znała go już wcześniej.. Jakbym wiedziała o nim już praktycznie wszystko. W sumie po części tak jest.. Cieszę się, że nie poszłam na szybkość i od razu nie przespałam się z nim, w ogóle go nie znając. Nasza znajomość rozwijała się powoli. Z każdym dniem wiedzieliśmy o sobie coraz więcej. Aż w końcu nastał ten czas, w którym uznaliśmy, że powinniśmy spróbować. Jestem dumna z siebie, że nie poddałam się pokusom i kazałam Lewandowskiemu trochę na siebie poczekać.. Dzięki temu mam pewność, że nie chodziło mu tylko o jedno. Wiem, że dobrze zrobiłam. W końcu zdjęłam wzrok z mojego punktu przemyśleń i zwróciłam go na szafkę nocną, w celu odnalezienia swojego telefonu. Kiedy go odnalazłam, sprawdziłam godzinę, która okazała się być jednym z moich porannych rekordów. Wtedy Robert poruszył się, więc odwróciłam głowę w jego stronę. Umiałam odróżnić śpiącego człowieka od takiego jak ten obok mnie, który próbował takowego udawać. Pokręciłam tylko głową, udając, że zupełnie nie widzę jego mrugających oczu.. Zmieniłam pozycję tak, bym była przodem do niego. Zrobiłam mu darmowy masaż twarzy, jeżdżąc palcami po każdym jej zakątku. Na moje czynności Lewandowski uśmiechnął się, jednak nadal upierał przy swoim. Pocałowałam go w nos, a potem zjechałam niżej, dotykając jego ust. Skurczybyk odwzajemnił pocałunek, ale kiedy się odsunęłam nie zapowiadało się, żeby otworzył te swoje paczadła. No cóż. Odwróciłam się z powrotem, wracając do pozycji w której się obudziłam. Usłyszałam ciche stęknięcie, na co się uśmiechnęłam.
- Czemu tak szybko się poddałaś? – spytał smutno, całując mnie po wgłębieniu między szyją a obojczykiem.
- A co miałam jeszcze robić? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie, patrząc na niego kątem oka.
- Zdałbym się na twoją wyobraźnię. – odparł z łobuzerskim uśmiechem, który tak bardzo uwielbiałam.
- Z samego rana jakoś nie idzie mi wymyślanie, wybacz. – westchnęłam, wzruszając lekko ramionami.
- A pokazać ci? – uniósł brew. Po chwili był nade mną i całował mnie po obojczykach. Na tym by się pewnie nie skończyło, gdyby nie pukanie do drzwi. – Noszz kurde! – westchnął i podniósł się. Sięgnęłam po swoją koszulkę i założyłam ją. Bobcio (przypomniało mi się przezwisko wymyślone przez moją niedługo czteroletnią siostrzenicę, by ułatwić sobie wymowę i komunikowanie się ze mną. Wiadomo, że jeśli chciała rozmawiać ze mną, no to głównym tematem był Robert. Nie, nie, żeby nie było. Zupełnie jej do tego nie zmuszałam! A wracając do tematu – po prostu nie potrafi wymówić „r”, dlatego też uprościła sobie) założył spodnie i poszedł otworzyć. Ujrzałam w nich Wojtka. Im dłużej na niego patrzyłam, tym bardziej było mi go żal. Wyglądał, jakby niedawno co wrócił z jakiejś misji w Afganistanie..
- Przepraszam, że przeszkodziłem, ale czy widzieliście może mój telefon? – spytał z rozczochranymi włosami, ubrany tylko w spodnie. Był bez butów, a oczy to już w ogóle odmawiały mu posłuszeństwa, bo cały czas miał zmarszczone czoło.
- Nie, wczoraj wyszliśmy wcześniej, nie mam pojęcia gdzie go podziałeś. – odpowiedział Robert, chcąc jak najszybciej pozbyć się gościa. Szczęsny westchnął.
- Ale Wojtusiu, kochanie, myślę, że ten telefon jest gdzieś w twoim pokoju, ale po prostu go nie widzisz. – wtrąciłam z uśmiechem, a Lewy ledwo powstrzymał wybuch niekontrolowanego śmiechu.
- Myślisz? – odezwał się swoim zaspanym głosem, opierając się o framugę drzwi, cały czas mrużąc oczy. Żywy przykład tego, co dzieje się z człowiekiem po alkoholu.
- Ja to wiem. Idź już spać, kochany. – powiedziałam i wysłałam mu buziaka w powietrzu, którego pewnie nie zauważył, ale może usłyszał chociaż cmoknięcie.
- Dobranoc. – odpowiedział i odwrócił się na pięcie. Teraz modliłam się tylko, żeby bez szwanku doszedł do pokoju obok. Nie wiem co za wizje dopadły go z tym telefonem.. Oj, wczorajszy melanżyk ich lekko poniósł. Lewy wyjrzał jeszcze i dopiero kiedy z dużym impetem drzwi pokoju 312 trzasnęły (ja też nie wiem, dlaczego on tam był, przecież to nie jego pokój..) Robert wrócił do mnie i rzucił się na łóżko.
- To na czym skończyliśmy? – spytał, błądząc palcem po moim udzie.
- Nie wiem czy jestem wstanie cokolwiek myśleć, kiedy ty jesteś obok bez koszulki. – powiedziałam. Komplementy Kochańskiej czas zacząć! Robert od razu uśmiechnął się, ale spuścił głowę. No czyżbym zawstydziła mega pewnego siebie, boskiego Lewandowskiego? No nie uwierzę, że nikt mu tego nie mówił.. W sumie bardzo słodka była ta jego nieśmiałość. Mimo, że na początku naszej znajomości można było powiedzieć, że facet nie ma ogródek, ale tak naprawdę cały czas był nieśmiałym chłopakiem. Dowodem na to było to, że taki mały komplement sprawił, że jego policzki zmieniły delikatnie kolor i stały się teraz bardziej różowe. Na tyłku przesunęłam się w dół, żeby móc na niego spojrzeć. Te zakłopotanie sprawiło, że nie mogłam się oprzeć i złączyłam nasze wargi subtelnym pocałunkiem. Z czasem moje pocałunki przeniosły się na nos, policzki, dołeczki, żuchwę, szyję, obojczyki.. Trasę ustalałam na podstawie licznych wgłębień, które powstały na skutek spędzania czasu na siłowni. Opamiętałam się dopiero wtedy, kiedy moja broda dotknęła zimnego guzika jego spodni. Z powrotem tą samą ścieżką wróciłam do ust i tak o to „brutalnie” przerwałam pieszczoty. Oderwałam się od Lewego i chciałam wstać, ale skutecznie mi w tym przeszkodził,  widocznie nie mając ochoty na wyjście z łóżka. Uniemożliwił mi poruszanie nogami, siadając na mnie.
- Robert.. Jest już grubo po dwunastej, należało by już chyba wstać. – fuknęłam, próbując zwalić go z siebie. Niestety bezskutecznie.
- Przecież wstaliśmy już dawno. – uśmiechnął się i zaczął całować po szyi. Sprawiło mi to sporo przyjemności, więc przymknęłam oczy. Po chwili jednak gwałtownie je otworzyłam.
- Nie, nie, nie! – uderzyłam go delikatnie w plecy. Po raz kolejny poddałam się jego urokom, zupełnie tracąc kontrolę nas sobą. – Mój kochany, bo ty się przyzwyczaisz i rozbestwisz, a nie każdy poranek będzie taki cudowny..
- To czemu ten nie może być? Skoro nie każdy będzie, to spraw, żeby choć ten był.. – mruknął, patrząc mi w oczy.
- Robert.. Może kiedy indziej, hm? Jutro też jest dzień.. Jutrzejszy trening masz bodajże na 15.00, więc wstaniemy o jakiejś 9.00 i możemy robić co nam się żywnie podoba. – uśmiechnęłam się do niego, delikatnie mrużąc oczy. Myślałam, że na mój wspaniale zapowiadający się pomysł zareaguje większym entuzjazmem..
- No dobrze.. – westchnął zrezygnowany. - Ale obiecujesz? – upewnił się, unosząc brew.
- Tak. Nie zapomnisz tego poranka. – odparłam i chyba tej odpowiedzi się spodziewał. Oczy przybrały jaśniejszej barwy, a uśmiech sięgał aż do uszu. Pokręciłam z uśmiechem głową, poczym pocałowałam w nos. – A teraz wstajemy. – zakomunikowałam, klepiąc delikatnie w ramię. Sama nie mogłam się powstrzymać od czułości, ale w końcu musieliśmy się od siebie oderwać. W końcu udało się, więc czym prędzej udałam się do łazienki. Zamknęłam drzwi, ale te z powrotem się otworzyły.
- Bobcio! – powiedziałam groźnie.
- Chciałem tylko tak się spytać, czy może zechciałabyś wziąć prysznic? Ale wiesz, taki super, ekstra, zajebiście fajny, co? – oparł się o futrynę, patrząc na mnie z wyrazami wyczekiwania.
- Nie kochanie, po to brałam prysznic wczoraj wieczorem, żeby nie myć się dzisiaj rano. Wiesz, że z reguły tak się robi? – spojrzałam na niego, lekko rozbawiona.
- Tak? A to nie wiedziałem.. – zrobił minę, jakbym tłumaczyła mu zadania stechiometryczne z chemii.
- Boże, Robert.. nie odpuścisz, nie? – westchnęłam, patrząc na niego, odrywając wzrok od lustra.
- Nie zamierzam. – uśmiechnął się szeroko, ukazując rząd śnieżnobiałych zębów.
- To właź. – powiedziałam zrezygnowana. Długo nie musiałam czekać na jego reakcję. Z wyrazami wielkiego zadowolenia wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi.


     Po 25 minutach wyszliśmy z kabiny. To był chyba najdłuższy prysznic, jaki kiedykolwiek brałam w życiu. Ale trzeba przyznać, że był bardzo przyjemny..
- Co będziemy dzisiaj robić? – spytał Robert, kiedy przed lustrem nakładałam na twarz swój krem nawilżający.
- Nie mam zielonego pojęcia. Każdy jest skacowany po wczoraj, więc na przyjaciół nie ma co liczyć. Vanessa z Tytoniem gdzieś się od wczoraj szlaja.. Jesteśmy skazani na siebie. – wzruszyłam ramionami. Zaraz pożałowałam tego co powiedziałam, bo Robert dziko się uśmiechał. Seksoholik.. – Miałam na myśli to, ze razem gdzieś pójdziemy, albo coś. – wyjaśniłam.
- Łee tam. – spuścił głowę zrezygnowany. Uśmiechnęłam się do niego, posyłając buziaka w powietrzu. – Ej, to może pojedziemy do mojej mamy? – zapytał podekscytowany i chyba zadowolony ze swojego pomysłu. Uśmiechnęłam się kwaśno. – Oj, daj spokój. To jest szansa, żeby ją do siebie przekonać. Nie daj się prosić..
- Przecież nic nie powiedziałam, nie? Najpierw do niej zadzwoń, czy w ogóle ma ochotę przyjmować jakichkolwiek gości. – odpowiedziałam. Nie bardzo uśmiecha mi się obiadek u mamusi Roberta. Aż mnie ciarki przechodzą, a brzuch lekko uciska. Żeś teraz dowalił, Lewandowski!
- Okej, zaraz wracam. – powiedział zapinając rozporek. Wyszedł i jak się domyśliłam wykręcił numer do mamy. Ja owinęłam się w ręcznik i podreptałam do szafy, żeby poszukać bardziej wyjściowych i eleganckich rzeczy. Musiałam teraz nadrobić to co straciłam wcześniej. Po chwili namysłu wybrałam to.  Usłyszałam, że Lewy zakończył swoją rozmowę, więc zaciekawiona spojrzałam na niego. Kiwnął potwierdzająco głową. Kurczę, a do końca miałam nadzieję, że jednak sąsiadka zaprosiła ją  na kawę, żeby wspólnie obejrzały „Na dobre i na złe”... Dzisiaj chyba nie leci, mówi się trudno. Z westchnieniem i ze zwieszoną głową powróciłam do łazienki, żeby ubrać ciuchy. Spięłam włosy w kucyk, podkreśliłam delikatnie oczy eyelinerem i pociągnęłam tuszem rzęsy, które były moim atutem. Jeśli ktoś zapytał mnie co w sobie z wyglądu lubię najbardziej, bez wahania w wymienionych rzeczach (których jest bardzo, bardzo mało. Praktycznie tylko jedna) znalazłyby się moje naturalnie długie, gęste i podkręcone delikatnie rzęsy, które rzucały cień na policzki. Lubiłam je, bo nie musiałam nic doklejać, aby uzyskać efekt, jaki mają koleżanki wychodzące od kosmetyczki. Ja miałam je ot tak, bez zbędnych zabiegów. Kiedy wyszłam z łazienki, Lewy obleciał mnie wzrokiem i uśmiechnął się.
- Wyglądasz uroczo. – uśmiechnął się, przechylając delikatnie głowę. – Zaraz wyjedziemy, bo mama chce żebyśmy byli w porze obiadowej. Stęskniłem się za obiadkami mamuni. – poklepał się po brzuchu. Wszedł do łazienki i przebrał się w błękitną koszulę z podwiniętymi rękawami, granatowe rurki i swoje ulubione Nike za kostkę. Musiał oczywiście dodać coś sportowego, nie byłby sobą! Ale w sumie bardzo dobrze to wyglądało.. Nie odpicował się bynajmiej jak stróż w Boże Ciało.  Założył zegarek, zabrał telefon i wyszliśmy z pokoju. – Śniadanie zjemy na mieście, okej?
- Jeżeli chcesz nazywać to śniadaniem.. – uśmiechnęłam się i złapałam go za rękę. Oczywiście wyszliśmy z hotelu, a tam kto? Brawo! Fotoreporterzy! Przeklnęłam ich wszystkich w duchu i zaczęłam wysłać do diabła. Ale nieustraszony Bobcio wydawał się bardzo rozweselony całą tą sytuacją. Ten to miał stalowe nerwy! Ale jakoś doszliśmy do samochodu i wyruszyliśmy. Tak jak Robert powiedział, pojechaliśmy najpierw na szybkie śniadanie do jednej z warszawskich knajpek. Ha! Danie dnia – naleśniki z czekoladą i świeżymi owocami. Bierzemy, bo szkoda czasu. W dość szybkim tempie opędzlowaliśmy talerze. Mój towarzysz zostawił papierek, moim zdaniem za bardzo wartościowy, no ale cóż. I znów do samochodu. Podróż minęła większości w ciszy, lub na słuchaniu muzyki w radiu. Ja straciłam chęci do jakiejkolwiek rozmowy, a Lewandowski nie nalegał. Przed samym wyjściem z samochodu dodał mi otuchy i nawet się nie obejrzałam, a staliśmy na ganku dosyć sporego, ale skromnego domu w beżowym kolorze. Na pierwszy rzut oka nie był zbyt nowoczesny. Wydawał się bardziej klasyczny i zrobiony w dawniejszym stylu. Miał piękny, zielony ogród, który ciągnął się aż za dom. Z pewnością jest to miejsce, gdzie odbywa się popołudniowy relaks. Dróżka była obsypana beżowo-białymi kamieniami, które komponowały się z kolorem budynku. Okna miały ciepłe, brązowe obramowania i drzwi w tym samym odcieniu. Dom z zewnątrz urządzony z klasą, wyróżniał się pośród innych budynków znajdujących się w Lesznie. Nie powiem, bo widać było, ze mieszkają tu zamożni ludzie. Robert zapukał w drzwi, trzymając mnie mocno za rękę. Denerwowałam się trochę tym spotkaniem. Po chwili w drzwiach stanęła Iwona. Przywitała nas uśmiechem. Nas? Bardziej Roberta, ja jak tam stałam, no to załapałam się na ten uśmiech.. Co ja zrobiłam tej kobiecie? Ona naprawdę musiała panicznie bać się ponownego skrzywdzenia jej syna. Chyba nie wiedziała, jak bardzo go kocham..
- Cześć mamo! – zawołał entuzjastycznie i ucałował ją w policzek.
- Dzień dobry. – rzuciłam uprzejmie, lecz nieśmiało, wychylając się delikatnie za ramienia Lewandowskiego.
- Witam was. Proszę – przepuściła nas w drzwiach. Zdjęliśmy buty (ugh, ulga!) i podreptałam za Bobciem zwiedzić kolejne pomieszczenia domu. Tak jak i na zewnątrz, wszystko było w ciepłych odcieniach i każdy element do siebie pasował. Odzwierciedlało to chyba jego właścicielkę.. Wszystko musi poukładane, dopasowane i nienaganne. Może się mylę? Może gdy się ją pozna, to jest zupełnie inna? Mam taką nadzieję.. Uroku temu miejscu dodawały doniczki z ślicznymi kwiatami na każdym praktycznie parapecie i wspólne zdjęcia Roberta, Mileny, ich rodziców na ścianach. Z zaciekawieniem przyglądałam się każdemu z nich, bo szczerze mówiąc nigdy nie widziałam pana Krzysztofa. Muszę przyznać, że był on podobnej postury co i jego syn, lecz to wszystko jeśli chodzi o podobieństwa. Z wyglądu Robert całościowo wdał się w mamę. No, może jakby się tak bardziej przyjrzeć, to jakieś wspólne cechy by się znalazły..
- Bobeekk !!! – usłyszałam uradowany, kobiecy głos i śliczna, podobna do Lewego istotka zbiegła po schodach, przytulając serdecznie mojego ukochanego.
- Siema, kurduplu. – uśmiechnął się do niej. – Pozwól, że przedstawię ci kolejną, najważniejszą kobietę mojego życia, Wiktorię. – wskazał na mnie, a ja uśmiechnęłam się do niej promiennie. Ona odwdzięczyła mi się tym samym.
- Hej, Milena jestem. – uścisnęła moją dłoń z serdecznym uśmiechem. – No bratku, powiem ci, że ty to jednak masz gust. Wyrobiłeś się. – stwierdziła, opierając się mu o ramię. Po chwili zachichotała i dała sójkę w bok bratu. – Chcesz może zobaczyć górę? – zwróciła się do mnie. Jest bardzo bezpośrednia, podobało mi się to u niej. Nie przejmowała się, że zna mnie od jakiejś minuty, tylko gdybym była jej dobrą koleżanką.
- Jasne, bardzo chętnie. – uśmiechnęłam się i ruszyłam z nią schodami na górę. Robert w tym czasie poszedł pomóc mamie w kuchni.
- To może powiedz mi jak się poznaliście? – obdarzyła mnie radosnym i miłym spojrzeniem.
- Trochę pogmatwana historia. – zaśmiałam się cicho. – Lewego znałam już od Lecha. Widziałam się z nim parę razy na meczu, bo byłam cheerleaderką tego też klubu. On mnie też kojarzył, gadaliśmy nawet chwilę, ale on był wtedy z Anią.. I tak jakoś wyszło, że straciliśmy „kontakt”. I teraz dostałam bilety na mecze, kwaterę w hotelu, jak to się potem okazało piłkarzy.. Wpadłam na Szczęsnego i jakoś poleciało. – uśmiechnęłam się.
- Ale słodko! Taka typowa historia z komedii romantycznej.. - powiedziała z rozmarzeniem. - Szkoda, że nie byliście razem wtedy, kiedy on był w Poznaniu. Byłoby mniej gadania, a Robert nie cierpiałby przez te parszywe stworzenie, które podobno jest kobietą.. – westchnęła. Po jej słowach trudno nie było wywnioskować, że ma żal do Ani za to co zrobiła Lewemu.
- A miałaś z nią jakiś kontakt, wtedy kiedy była z Lewym? – spojrzałam na nią z ciekawością. Kurczę, ta jej bezpośredniość zaraża!
- Nie, od razu nie przypadła mi do gustu. Nie lubiłam jej, a ona mnie. Obskurne stosunki. Od początku mówiłam Robertowi, że ona nie jest dla niego, ale on był zakochany po uszy.. – pokręciła głową. – Dlatego cieszę się, że przywróciłaś mi brata do życia. – uśmiechnęła się. – Odżył. Jest nawet chyba bardziej promienny, niż kiedykolwiek.
- Miło mi to słyszeć. – odwzajemniłam jej uśmiech.
- To jest pokój Bobka. – wskazała ręką na drzwi. – Mama nawet nic nie zmieniała po tym, jak się od nas wyprowadził sześć lat temu. Jest wszystko praktycznie tak samo..
- Czemu nie chciała tego zmieniać? – spytałam, rozglądając się po pokoju. Miał niebieskie, teraz to już bardziej szarawe ściany, na których widniały plakaty znanych w tamtych czasach piłkarzy i jego ulubionych drużyn. Dopatrzyłam się nawet Borussii! Pod oknem było biurko, na którym to pewnie odrabiał lekcje. Na szafkach był porządek, który to sygnalizował, że mieszkaniec tego oto pokoju bardzo rzadko się w nim pojawia.
- Ona bardzo przeżyła taką stratę Roberta. Po śmierci taty, on praktycznie natychmiastowo wyfrunął jej z gniazda, a ona nie była na to przygotowana. Nie wiem, czy miała nadzieję, że on do niej powróci, czy co.. Myślę, że już chyba straciła nadzieje, ale i tak nie zamierza remontować tego pokoju. – westchnęła. – Ale wiesz, nie róbmy z niej wariatki – puściła mi oczko. – Z pewnością kiedy będzie potrzebny nam jakiś pokój, to w końcu go udostępni.
- Nie no, jasne. Zawsze ludziom po stracie kogoś bliskiego jest się trudno podnieść. Rozumiem ją doskonale. – uśmiechnęłam lekko, kiedy usiadłyśmy na rozkładanym, szarym łóżku. Nie, to raczej kanapa była.. Dobra, nieważne.
- A mama mówiła coś o mnie? – spytałam prosto z mostu. Bardzo dobrze czułam się w jej towarzystwie i wiedziałam, ze mogę rozmawiać z nią o wszystkim.
- Niedużo. Ale wiem, ze są takie nieciekawe stosunki między wami. I wiem też, że to nie twoja wina. Nie przejmuj się. – dotknęła mojego ramienia. – Ona taka jest. Musi minąć trochę czasu zanim oswoi się z myślą, że inna kobieta będzie opiekować się jej synem. Widzisz po tym pokoju, że bardzo jest z nim związana. – tłumaczyła. – Wszystko będzie dobrze. Bądź jaka jesteś, ona zaakceptuje cię w końcu. – uśmiechnęła się, dodając otuchy. Zaczęłam rozumieć panią Iwonę. Strata męża i syna w małym odstępie czasu musiała być bolesna.
- Dzięki, za te słowa.. Kochana jesteś. No i teraz dzięki tobie, zupełnie inaczej na to spojrzałam. Zaczęłam rozumieć twoją mamę. – powiedziałam szczerze, a ona mnie przytuliła. Naprawdę poczułam się jakbym siedziała tutaj z przyjaciółką, z którą znam się minimum parę lat, a nie z dziewczyną, którą znam kilkanaście minut! Złapałam z nią kontakt, bardzo, ale to bardzo się z tego cieszę. Usłyszałyśmy chrząknięcie.
- Nie chcę wam przeszkadzać, ale obiad jest już praktycznie gotowy. – powiedział Lewy wciskając się mimo naszych protestów między nas. Objął nas ramieniem i ucałował w czubek głowy. – Moje kochane..
- Co ci się tak na czułości wzięło, hm? – spojrzała niedowierzająco na brata drobna szatynka.
- A bo widzę, że się polubiłyście, a to dla mnie ważne. – uśmiechnął się do nas. – I jakoś udzieliło mi się wasze uczucie. – teatralnie pociągnął nosem, na co obie się zaśmiałyśmy.
- Mówisz, ze obiad gotowy? – odezwała się ponownie Milena.
- Prawie.. Ale możemy już schodzić, bo mamie się samotność jakaś udzieli. – uśmiechnął się i z dużą niechęcią wstaliśmy z łóżka.
- Ej, muszę powiedzieć, że masz śliczną spódniczkę. – powiedziała obracając mnie wokół osi.
- Dziękuję bardzo. Stara jak świat, kupiona bodajże w Poznaniu. – uśmiechnęłam się, mrugając znacząco do Mileny. Załapałam od razu o co jej chodzi. – Kiedy z przyjaciółką nam się nudziło, postanowiłyśmy pójść na małe polowanie – zaśmiałam się.
- Och, uwielbiam poznańskie sklepy. Zawsze jak przyjeżdżałam na mecz do Bobka, to wpadałam do sklepów na drobne zakupy.  – stwierdziła moja przyszła, mam nadzieję, szwagierka.
- Jakie drobne zakupy? Cały sklep ze sobą przynosiłaś! – prychnął Lewandowski. – A poza tym, darowałybyście sobie te gadki, przecież wiem, że to specjalnie.
- Oj tam. – wytknęła język bratu. Usiedliśmy przy ładnie nakrytym stole, gdzie docierały śliczne zapachy z kuchni. Na środku w wazonie stały kremowe różyczki, które dodawały uroku całemu nakryciu. Usiadłam obok Lewego, a naprzeciwko nas miała miejsce Mila. Na szczycie stołu było miejsce dla pani Iwony. Przyszła z białą wazą parującej zupy, którą położyła ją na stole.
- Wiktorio, może z racji tego, że jesteś gościem, to poproszę twój talerz. – obdarzyła mnie nadzwyczaj szczerze wyglądającym uśmiechem. Dobra, moglibyśmy darować sobie te nienaturalne zwroty.. Podałam jej swój biały talerz z karbowanymi brzegami. – Jak ci się u nas podoba?
- Dom jest prześlicznie urządzony. – odparłam. – Elegancko i z klasą, ale ma ciepłe i rodzinne akcenty. Bardzo podobają mi się takie domy. – powiedziałam szczerze. Kiedy gospodyni oddawała mi mój talerz, uśmiechnęła się delikatnie.
- Dziękuję ci bardzo. Miło mi to słyszeć. Widocznie mamy podobne gusta w urządzaniu domów, chociaż pewnie dodałabyś do niego trochę nowoczesności. – mówiła, nalewając rosołu teraz już Mili. Po chwili brała talerz jedynego syna.
- Myślę, że tak. – odpowiedziałam biorąc pierwszą łyżkę do buzi. Reszta obiadu minęła w ciepłej i miłej atmosferze. Rozmawiałam głównie z Mileną, ale nie zapominałam też, żeby utrzymywać kontakt z panią Iwoną. Moje uprzedzenia do niej zniknęły, mimo, że ona jednak jeszcze nie była do końca przekonana do mnie. Ale myślę, że wszystko jest na dobrej drodze. Po obiedzie zadeklarowałam, że pomogę w zmywaniu. Robert też chciał nam towarzyszyć, ale pani Iwona dała do zrozumienia, że lepiej byłoby, żeby Lewy nie brał się za szklane naczynia. Bobcio zarzucił focha, a ja z talerzami ruszyłam do kuchni.
- To może ja pozmywam, a ty powycierasz? – spytała miło pani Iwona. Trzeba przyznać, że naprawdę starała się o to, żebyśmy miały jak najlepszy kontakt.
- Jasne. – odpowiedziałam i oparłam się o blat. Czekałam na pierwszą porcję mokrych talerzy.
- Wiktorio.. Muszę z tobą porozmawiać. – powiedziała teraz już poważnie. Spojrzałam na nią, nie wiedząc kompletnie czego się spodziewać. 

Boże, cuda się zdarzają! Mam internet, dodaję rozdział.. pozostaje mi tylko nadrabiać komentarze u Was. Pewnie nie dam rady zrobić wszystkiego dzisiaj, ale obiecuję: do soboty (której nie mogę się doczekać ♥) skomentuję Wasze rozdziały. Jeśli wydarzy się coś i nie dam rady, to z góry przepraszam, proszę się na mnie nie gniewać! ;> Moje zaległości są spore, życzcie mi powodzenia, hihi :) No i zakradła nam się tutaj dwuznaczna scena.. Miała być dłuższa, ale aż tak ryzykować nie będę - możecie sobie tego przecież nie życzyć :) Nie jestem dobra w aktach miłosnych, miało ich w ogóle nie być.. Ale koleżanka powiedzmy po fachu wjechała mi na ambicje, że prawdziwa pisarka nie powinna bać się takiego typu opisów i postanowiłam spróbować.. Nie wiem jak wyszło, dobrze wiecie, że nie umiem siebie obiektywnie oceniać c: Nie umiem stwierdzić, kiedy będzie następny, bo niestety mam teraz nawalone sprawdzianów, że szok. W najgorszym wypadku będzie w następny piątek, tak jak powinno być. Okej, nie przynudzam Was już. Czekam na Wasze opinie! Buziaki :*