piątek, 10 maja 2013

Rozdział 24.


Na miejsce (czyt. parking) doszliśmy po 10 minutach. Mimo, że to było praktycznie przed hotelem, to Roberta zatrzymał jeszcze jakiś gość, który jak wszyscy gratulował mu bramki i tak dalej.. Chłopaki już stali przed samochodem Lewandowskiego. Skąd wiedzieli, że Lewy będzie prowadził? Mamy w kadrze jasnowidzów, proszę państwa! – myślałam i uśmiechałam się do tego. Chłopaki opatrznie to zrozumieli..
- No, patrzcie jaka zadowolona! Teraz to już nie wiadomo kto komu gratulował.. – zaśmiał się Wasyl. Nie wytrzymam z nimi chyba do końca. Wyjdziemy pewnie szybciej, niż Lewy by się tego spodziewał… Zresztą pójdzie mu to chyba na rękę!
- Dobra, dobra. Ważne, że my wiemy. Ty nie musisz wysilać swojego umysłu, bo paruje już tutaj. – Robert pomachał przed twarzą ręką, co rozbawiło wszystkich zgromadzonych. Wszystkich oprócz Wasilewskiego. Oho, zaraz jak rzuci ripostę, to aż się zadymi! Ale jednak zamilknął. Pewnie zależało mu na transporcie…
- A tak poza tym, to skąd wiedzieliście, że Robert będzie jechał? – zadałam korcące mnie od początku pytanie.
- Bo po ostatnim melanżu to trzy dni się zbieraliśmy i Lewus rzucił, że ma wstręt do alkoholu i nie będzie już chlał. – stwierdził z uśmiechem Kuba.
- Tylko ja? Każdy z was mówił! Szkoda tylko, że już uzależnieni jesteście.. Ani razu jeszcze nie widziałem ich wychodzących z jakiejś imprezy trzeźwych. No już prędzej meteoryt spadnie, niż kadra wyjdzie trzymając się w pionie! – machnął rękami Robert i otworzył auto. Wszyscy zaśmiali się i na gwałt rzucili się do Mercedesa, bo miejsc było 5, a nas  9. Wyszło, że Wojtek, Wasyl, Dudka i Kuba nie mieli gdzie usiąść. Widząc, że na chama pchają się na kolana do chłopaków pokręciłam głową.
- No to jak tak bardzo chcecie melanżyk, to na nóżkach zapieprzać! – stwierdziłam, chcąc jakoś zadbać o kieszeń ukochanego, który przez nich prawdopodobnie musiałby tracić na mandaty.
- No chyba cię coś swędzi! – oburzył się Kuba.
- To chyba ciebie coś rzekomo swędzi, jeśli myślisz, że cię zabierzemy, debilu. – odgryzłam się, za co zostałam nagrodzona oklaskami i przytaknięciami. Chyba żaden z nich nie chciał na kolanach gadającego wiecznie Błaszczykowskiego..
- Patrzcie jaka pyskata! Ale fajnie, ma charakterek. Nie da sobie w kaszę dmuchać. – mówił bardziej do siebie Błaszczykowski.
- Ej, to my może taksówkę sobie zamówimy. – odezwał się, o dziwo, inteligentnie Wojtek.
- Ej, może to byłoby coś! – powiedziałam z dużymi oczami, zakrywając dłonią otwartą buzię.  No Ameryki to on nie odkrył, mimo, że tak się z tym odnosił.. – Sorry, ale wam to ten alkohol to szare komóreczki już wyżarł.. – pokręciłam głową.
- Ojej, ależ dzisiaj ostra. Same disy od ciebie lecą! – odparł jakby z uznaniem Wasyl.
- No bo inaczej to z wami to nie idzie! – uśmiechnęłam się. – Dobra, wy sobie łatwcie sobie podwózkę, a my już jedziemy. – stwierdziłam, mrugając do nich. Mogłabym jeszcze rzucić swój szyderczy uśmieszek, ale już się powstrzymałam. Nie będę już ich męczyć, wystarczająco się już zdenerwowali tym, że muszą iść albo na pieszo, albo czekać na taksówkę. Wojtek sięgnął po telefon. Trochę mi ich się szkoda zrobiło. Z 15 minut to sobie tutaj postoją. Ale chcą mieć imprezę, no to niech cierpią! (tutaj jednak nie powstrzymałam szyderczego uśmieszku, na co chłopaki w aucie jakoś dziwnie zareagowali. No w sumie uśmiechająca się dziko do siebie dziewczyna nie jest zwykłym widokiem..)
- Lewus, a ty co taki nie tego? Zupełne przeciwieństwo Wiki w tym momencie. – rzucił Piszczek, kiedy nasz kierowca odpalał auto.
- Nie mam jakoś ochoty na patrzenie schlanych chłopaków. – odpowiedział Lewandowski, uśmiechając się delikatnie i patrząc w lusterku na kolegów.
- Ej, Wicia. Co z nim? Pokłóciliście się? – wychylił się do mnie obrońca i oparł o oparcie mojego fotela.
- Nie. Sama nie wiem. Najpierw proponuje mi imprezę, na którą się nawet nie zgodziłam, bo sam zdecydował za mnie, a teraz jakieś dąsy mi tu urządza.. – westchnęłam.
- Żadne dąsy, po prostu siedzę cicho, co w tym złego? – spojrzał na nas na chwilę, a potem jego wzrok znów padł na jezdnię.
- Nie, nic. – odparłam i mimiką twarzy powiedziałam Łukaszowi, żeby już nie drążył tego tematu, bo i tak się na razie nie dowiemy. Nie było to na pewno nic poważnego, bo wiem jak wygląda zmartwiony Robert. Mam pewne podejrzenia, co do jego zachowania, ale wolałam zachować je dla siebie. Po 10 minutach byliśmy na miejscu. Z racji tego, że byliśmy pierwsi, to rozsiedliśmy się na murkach znajdujących się przed klubem wynajętym przez Wasyla. Ten to nie ma na co wydawać! Chciałam skorzystać z sytuacji i porozmawiać z Lewym, żeby upewnić się, czy oby na pewno nic się nie stało. Wzięłam go za rękę i pociągnęłam za budynek. Oparł się o barierkę znajdującą się właśnie tam. Spojrzał na mnie pytająco.
- Słucham cię bardzo uważnie. – odezwał się patrząc na mnie, zachęcając przy tym do rozpoczęcia jak on to ujmuje - kazania.
- Nie domyślasz się czemu tu jesteśmy? I o czym chcę z tobą porozmawiać? – założyłam ręce na piersi, unosząc brew.
- No w sumie to tak. Wiem dlaczego. Zapewne chcesz wiedzieć o co mi chodzi, prawda?
- Tak, i jeśli mi tego nie powiesz, to chyba cię rozszarpię. – powiedziałam zniecierpliwiona już całą tą sytuacją. W odpowiedzi usłyszałam donośny śmiech Lewego.
- Myślę, że znajdą się jakieś osoby, które będą chciały się za to zemścić na tobie. – uśmiechnął się. Moja mina mówiła sama za siebie, więc nie przeciągał już. – Wicia.. Naprawdę nic mi się nie stało. Ciągnąłem cię na tą imprezę wtedy, kiedy nie byliśmy jeszcze parą. I tak naprawdę chciałem pójść na nią tylko po to, żeby ci na niej wszystko wyznać. I nie pomyślałem, że stanie się to szybciej. – tutaj obdarzył mnie ciepłym uśmiechem. – Nie jestem typem imprezowicza. Wcześniej chodziłem na nie, bo chciałem kogoś poznać.. Teraz jest mi to nie potrzebne. – podszedł do mnie i przytulił mnie. – I wolałbym robić z tobą milion innych rzeczy, niż patrzeć na tych debili. – zaśmiał się cicho, a ja zrobiłam to samo.
- Czyli po prostu wolałbyś być teraz ze mną w hotelu, niż być tutaj z nimi wszystkimi, i to dlatego jesteś taki? – niedowierzałam lekko, więc starałam się upewnić, czy oby na pewno nie jestem w błędzie.
- Dokładnie tak. – powiedział i pocałował mnie delikatnie, podtrzymując dłonią moją brodę. Kompletnie zatraciłam się w tym pocałunku. Stojąc w tej pozycji przez dobre 3 minuty usłyszeliśmy śpiewy naszych patałachów. No tak, taksówka widocznie zajechała. Lewy niechętnie przerwał pocałunek.
- Kocham cię. – wyszeptał, a ja omal nie zemdlałam. Zwykłe dwa słowa, dziewięć liter.. niby bez znaczenia, ale wypowiedziane przez taką osobę cholernie nabrały na swojej wartości.. Moje nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa, a oczy nieustannie wpatrywały się w piękne, niebieskie oczęta osoby płci przeciwnej, stojącej przede mną.
- Robert.. Ja.. Ja ciebie też.. – wydukałam i nasze wargi ponownie się spotkały. Z tą różnicą, że teraz nie były już takie subtelne. Zachowywały się tak, jakby nie chciały się nigdy rozłączyć i chciały teraz zapobiec temu zdarzeniu. Właśnie w tym momencie uświadomiłam sobie jak bardzo Robert jest dla mnie ważny. Jak bardzo go kocham i jak bardzo mi na nim zależy. Dwa słowa, które w sekundzie uświadomiły mi wszystko. Byłam pewna co do niego czuję, a tym co powiedział przed chwilą, utwierdził moje przypuszczenia co do jego uczuć. Takich słów nie rzuca się na wiatr. Mam nadzieję, że on o tym wie..
- Wiktoria!!! Robert!!! – usłyszeliśmy zatroskanych i bardzo głośnych przyjaciół. No, chyba zauważyli brak naszej obecności.
- Musimy już chyba iść. – szepnęłam, kiedy złączyliśmy się czołami. Teraz to i ja straciłam chęć na zabawę. Wolałam stać chociażby tutaj, chociażby w tej pozycji, chociażby.. no dobra, dosyć już.
- Chyba tak. Ale jakoś mi się nie uśmiecha.. – odparł, wzdychając cicho. Nie no, musiałam się ogarnąć i przy okazji pomóc w tym Lewemu, który zachowywał się jak na haju jakimś. Stałby tak, rozmawiał i nic nie robił.. Zjarany Robert się znalazł, cholera.
- Ej, proszę cię. Mamy jeszcze przed sobą tyle minut, godzin, dni, tygodni, miesięcy, lat.. Te chwile tutaj przy całym czasie, który mamy przeznaczony dla siebie jest niczym. Dalej, nie marudź, tylko chodź już, bo tamtym gardła się zedrą. – uśmiechnęłam się i spletliśmy nasze palce. Pociągnęłam go lekko za sobą, zachęcając się w duchu do zabawy. Lewy, zaraziłeś mnie, gratuluję.
- Nie no, na samą myśl mnie głowa boli.. – jęknął, a ja zaśmiałam się. Poszliśmy przed klub, gdzie stał Kuba.
- O, jesteście! Wiecie jak się wystraszyliśmy?! – doleciał do nas, machając śmiesznie rękami. Przypominał mi teraz moją mamę, która zachowywała się tak samo, gdy spóźniłam się do domu po szkolnej dyskotece.. – Tamci już was szukają i Wojtek to nawet na policję chce dzwonić! – tutaj Błaszczykowski pozwolił sobie na ciche zachichotanie, bo nerwy już zeszły, więc nie miał się o co martwić. Prawdopodobnie uświadomił sobie też w jaką niepotrzebną panikę wpadli i co zaczęli wyprawiać. Sama zawtórowałam Kubie i śmiałam się jak głupi do sera. - EJ, ZNALEŹLI SIĘ! CHODŹCIE JUŻ!!!! – wydarł się. Jak taki mały człowiek mógł tak głośno się drzeć? Chyba cała Warszawa, a nawet jej obrzeża go usłyszały.. Po chwili naszym oczom ukazała się cała brygada. Zdenerwowani lekko, patrzyli to na mnie, to na Roberta. Ten drugi mimowolnie zaśmiał się na widok piłkarzy.
- No i czego rżysz? Wiesz jak się denerwowaliśmy?! – doskoczyli do nas podobnie jak Kuba. Jejku, moja mama się sklonowała!
- A nie łaska ruszyć głowy i się domyślić, że skoro nie ma naszej dwójki, to pewnie jesteśmy gdzieś razem i rozmawiamy? Idioci.. – spytał i stwierdził od razu rozbawiony Lewy. Humorek już powrócił!
- No dobra, ale mogliście tak sobie pójść na małe co nieco i mógł was jakiś dzik w krzakach staranować, i co wtedy? – wszyscy wybuchli gromkim śmiechem na to, co przed chwilą powiedział mądry pan Wasilewski. Razem z Lewym wykonaliśmy równocześnie tak zwanego Facepalma. 
- To wtedy my mielibyśmy problem z tym dzikiem, nie wy. – odparł Lewandowski i nadal wszyscy się śmiejąc weszliśmy do lokalu, gdzie już grała muzyka i niektórzy zaczęli już tą imprezę, tańcząc na środku.
- Zobacz, gospodarza nie ma, a ci już się bawią! – machnął rękami oburzony Marcin.
- No, jakby gospodarz nie musiał szukać dwóch napaleńców, to też by tam już śmigał. – odezwał się Wojtek, za co dostał soczystego kopa w tyłek od mojego chłopaka. Dobiłabym go, ale zaczęłam martwić się o moje szpilki, które są po prostu antykiem w mojej szafie.
- W sumie racja. – wzruszył ramionami gospodarz. – No to miłej imprezy! – dorzucił i już go nie było. Do knajpy wchodziło coraz to więcej osób, zaproszonych przez Wasilewskiego. Obcym wstęp wzbroniony! No chyba, że tym obcym jest jakaś ładna laska, no to wtedy wejdzie. Właśnie tak ujął to Marcin. No okej, niech tak będzie. Chłopacy nie protestowali, o nie! Każdy rozszedł się w swoją stronę. Poszłam z Robertem w stronę baru, bo na rozruszanie musiałam tradycyjnie wypić drinka. Kiedy z kolorowymi napojami (u Lewego pyszny soczek porzeczkowy) podszedł do nas k t o ś i złapał mnie za ramiona. Matko Boska, chłopaków z paczki miałam przed oczami na parkiecie, lub przy barze z jakąś laską, swojego chłopaka obok, a mnie łapią od tyłu jakieś męskie dłonie. Moje serce było już u kresu wytrzymałości. Już widziałam nagłówek: Zmarła przed barem w wieku dwudziestu lat. Odwróciłam się powoli. Ujrzałam uradowanego, niewysokiego reprezentanta Niemiec. No tak, akurat o Mario Goetze bym nie pomyślała..
- Hej, aż tak strasznie wyglądam? – spytał widząc moją minę. Ja uśmiechnęłam się szeroko, oddychając z ulgą.
- Nie, nie. Wystraszyłam się, bo wszystkich znajomych, którzy mogliby coś takiego zrobić miałam przed sobą, więc delikatnie zwątpiłam.. – wyjaśniłam z uśmiechem.
- Brawo, to już o Niemcach to się tu nie pamięta..?– uśmiechnął się i spojrzał na Lewego. – A ciebie Lewusku, to głowa nie boli? Bo tak żeś przypieprzył do tej bramki, że myślałem, że siatkę rozerwiesz.. – zaśmiał się.
- Ha, ha! O moją głowę to się nie martw! – uśmiechnął się Robert. – No patrz! Jeszcze idiotów ze sobą przytachał!
- Siemanejro! – przywitali się kolejni reprezentanci, a zarazem klubowi koledzy Roberta. Był to Marco Reus i Mats Hummels. Przywitali się z Robertem, a potem spojrzeli na mnie.
- I to jest moja dziewczyna Wiktoria. – machinalnie wskazał na mnie dłonią, uśmiechając się przy tym z.. hm, dumą? Nie wiem jak to nazwać, ale chyba najbardziej przypominało to. Chłopacy uśmiechnęli się do mnie, stwierdzając, że już mnie praktycznie znają z opowieści zafascynowanego mną Mario. Zaśmiałam się cicho, delikatnie rumieniąc.
- I jak tam Lewusek, nie świruje? – pomocnik obdarzył mnie spojrzeniem, unosząc przy tym śmiesznie brwi.
- A czemu miałby świrować? – spytałam, nie bardzo wiedząc o co mu chodzi.
- Aa, to się zgrywa. No, patrzcie! – Mario spojrzał na swoich kolegów, a następnie Roberta. Swoją miną dałam do zrozumienia, że zupełnie nie wiem o co chodzi i bezzwłocznie czekam na jakiekolwiek wyjaśnienia. Widząc to cała trójka zaśmiała się, oczywiście bez Lewego. Ten siedział i piorunował wzrokiem każdego kolegę.
- Nie no, bo.. Robertowi zawsze odwala po golu. – zaśmiał się Marco, dołączając do rozmowy, uśmiechając się uroczo. Co jak co, ale uśmiech miał bardzo szczery i przyjacielski. Sięgał aż po jego błękitne oczy, które świetnie komponowały się z blond czupryną.
- Co rozumiesz pod pojęciem odwala? – uśmiechnęłam się szeroko, a on zachichotał. Odwróciłam się, żeby ogarnąć wzrokiem obdarzonego w bujną, ciemną burzę włosów, obrońcę Dortmundu.
- Jak mu zależało na jakimś golu.. – zaczął Mats, patrząc niepewnie na Robeta.
- .. to czasem potrafił wić się do śpiewanych przez siebie popowych arii.. – dodał Marco.
- .. w szatni. Nie zważając na obecność wszystkich z drużyny, wliczając w tym trenerów, dziennikarzy i ochroniarzy. – zakończył Mario, śmiejąc się przy tym chochlikowato. Zawtórowałam mu i wyobrażając sobie to, czego właśnie się dowiedziałam, i spojrzałam na Roberta, który z kolei patrzył na chłopaków, którym wyglądał, jakby miał powyrywać im nogi z du.. tyłków. A szkoda by było takie talenty pomarnować, no szkoda!
- O tym to mi nie powiedziałeś… - stuknęłam go palcem w brzuch. On przewrócił oczami, lekko zakłopotany. – Ty wiesz o każdym moim odpale, a ja muszę się dowiadywać o tym od twoich kolegów. – powiedziałam z lekkim wyrzutem. Widząc jego speszenie pocałowałam w policzek, uśmiechając szeroko.
- Pilnujcie swoich dup, bo zaraz mogą być skopane. – ostrzegł ich Lewandowski, ukazując swój palec wskazujący. Chłopacy spojrzeli na siebie i potem na mnie. Zmrużyłam oko i machnęłam ręka, by odpuścili już. Przecież nie mieli się o co martwić. No chociaż..?
- Ej, ty serio się denerwujesz? Przecież nie powiedzieli tego przed kamerami, tylko przede mną. A jestem twoją dziewczyną i chyba to nie jest nic złego.. czyż nie? – zmusiłam go, żeby na mnie spojrzał. W końcu zrobił to, ale miał tak przygaszony wzrok, że chyba wolałabym, żeby tego nie robił. - No tak, ale to takie.. dziwne uczucie. – spuścił wzrok, oglądając z wielkim zafascynowaniem palemkę dołączoną do mojego kolorowego napoju.
- Dziwne uczucie to ja powinnam mieć, kiedy dowiedziałam się, że mój chłopak tańczy w szatni do śpiewanych przez siebie popowych piosenek. – zaryzykowałam tym, żeby zamienić to wszystko żart. Uff, parsknął śmiechem, co dawało mi zieloną lampkę jeśli chodzi o kontynuowanie żartów.
- Współczuję ci, kochana. Uciekniesz teraz, jutro, pojutrze..? Bo nie wiem jak psychicznie się przygotować..– spojrzał na mnie.
- Chyba tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. – powiedziałam, wieszając mu się na szyi i całując go delikatnie. Najgorsze było to, że musieliśmy pamiętać, że wszyscy zebrani mogli się na nas patrzeć..
- No trudno, jakoś chyba przeżyję. – stwierdził z uśmiechem, po naszym pocałunku. Ja odwdzięczyłam się mu tym samym. W głośnikach zabrzmiała dosyć rytmiczna piosenka, której tytułu nie pamiętałam, ale znałam ją, bo często, żeby umilić sobie domowe porządki nad zwyczajniej w świecie tańczyłam do niej, mając mopa jako partnera. – Idziemy tańczyć. – zakomunikowałam i pociągnęłam go za sobą. Naprawdę musiałam użyć swojej siły, bo Bobowi nie spodobał się chyba ten pomysł. W końcu jednak zaciągnęłam go na parkiet, a potem.. A potem to już trudno było go z niego ściągnąć! Wszyscy świetnie się bawili i tak o to spędziliśmy większość wieczoru. Przetańczyłam większość i to z różnymi partnerami (chociaż najwięcej oczywiście z Lewandowskim). Załapałam niezły kontakt z dwoma pozostałymi klubowymi przyjaciółmi Roberta, czyli z Marco i Matsem. Chyba każdy z Borussen jest taki miły, bo jak na razie spotkałam ich 6 i z każdym bardzo dobrze (ba,można rzec świetnie) dogaduję. Z jednym to nawet planuję wielką przyszłość! Jejku, kiedyś nawet mi się nie śniło.. no dobra śniło, ale nigdy nie pomyślałabym, że to wszystko się spełni.. Teraz przyjaźnię się z kilkoma zawodnikami Dortmundu i jestem związana z ich napastnikiem.. Jestem żywym przykładem na to, że marzenia się spełniają i że trzeba do tego dążyć! Około północy każdy praktycznie miał już zgona. Okej, plan ucieczki czas zacząć. Powolutku, niezauważeni wyszliśmy z lokalu.
- I co? Przeżyłeś? – spytałam, zmuszając go delikatnie do tego, żeby przyznał, że jednak miałam rację. Nie mogę powiedzieć, że miałam pełną satysfakcję z tego, że ktoś przyznaje mi rację. Zwłaszcza, jeśli tym kimś jest ktoś równie uparty co i sama ja.
- No tak. I muszę cię przeprosić za to, że tak marudziłem i podziękować, że rozkręciłaś mnie na dobre. – uśmiechnął się do mnie i objął ramieniem.
- No to zaliczyłam sukces. – stwierdziłam i zaśmiałam się cicho. Zerknęłam na niebo, które wydawałoby się jest jeszcze bardziej granatowe, niż kiedykolwiek. Na nich usadzone były migoczące wiecznie gwiazdy, które w końcu znikną nam z pola widzenia. Każda z nich jest wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju. Musi zabłysnąć od razu by ktoś ją zauważył, bo jej czas szybko się skończy. W końcu się wypali..  Przypominała mi trochę jednego z piłkarzy. Przykładowo Roberta. Kiedy dostał szanse wystąpienia w pierwszym składzie, od razu musiał zabłysnąć, żeby został zauważony. Jest świadomy tego, że jego czas w końcu się skończy, a przez te chwile, które dają mu wiele możliwości musi dać z siebie wszystko. Dać z siebie wszystko, żeby ktoś patrzył na niego i wiedział, że jest jedyny i niepowtarzalny..
- Ja to tam mogę co innego zaliczyć.. – powiedział cicho z typową miną łobuza. Zamrugałam gwałtownie oczami, wyrywając się z zamyśleń. Kiedy doszło do mnie to, co właśnie powiedział, prychnęłam i dałam mu sójkę w bok. On skulił się i zaśmiał serdecznie. Uwielbiałam ten jego szczery śmiech. Zarażał nim wszystko i wszystkich. Po kilku minutach jechaliśmy już w samochodzie. Oparłam głowę o szybę i wpatrywałam się w piękno nocnej Warszawy. Była pięknie oświetlona.. Nie wiem dlaczego, ale zawsze poddawałam się urokom miast w nocy. Zawsze cicho, spokojnie..na jezdniach wydawałoby się bezpieczniej, ale to nie zawsze jest prawdą. Strasznie bałam się piratów drogowych. Często jadąc samochodem nie mogłam przestać wyobrażać sobie nadjeżdżającego z na przeciwka tira, lub jakiegoś innego rozpędzonego pojazdu. Nie wiem skąd u mnie ten strach. Nikt u mnie w rodzinie nie zginął w wypadku samochodowym… Chociaż? Coś przypominało mi się zawsze z dzieciństwa, ale nie wiedziałam zbytnio co. Ale zostawiłam to nierozwiązanie. Nigdy nie miałam okazji pogadać o tym z rodzicami.. No cóż. Zbyt dużo się naczytałam i naoglądałam. Przecież tyle tego się teraz dzieje.. Dlatego mało co jeździłam. Miałam prawo jazdy, ale jakoś wielce go nie wykorzystywałam, bo jednak często z kimś się zabierałam, albo chodziłam na pieszo. Nie z przymusu, po prostu mogłam obejść się bez samochodu.
- O czym tak rozmyślasz? Bo aż boję się przerwać.. – usłyszałam głos Roberta. Właśnie parkował na zarezerwowanym dla Mercedesa miejscu.
- O niczym.. – pokręciłam głową. Lewy doskonale wiedział o tym, dlatego też nie szarżował, kiedy ja byłam jego pasażerem. Znaczy nie jechał też 20 km/h, ale i też nie 200. Jechał czasem szybko, ale ostrożnie. Ufałam mu. Ale mimo wszystko cały czas prześladowały mnie te wspomnienia z dzieciństwa. Jakiś samochód, tir i to odczucie.. odczucie strachu i straty. Chyba fiksuję już totalnie.
- Okej, no to wysiadka. – uśmiechnął się do mnie i zaciągnął ręczny. Wyjął kluczyki ze stacyjki i wyszedł z auta. Ja za nim. Jednym przyciskiem zamknął samochód, który wydał charakterystyczny dźwięk. Po pokonaniu trasy hol – pokój, usiadłam na łóżku, co i Lewy powtórzył.
- Bolą mnie nogi. – stwierdziłam ściągając buty.
- A no trzeba było nie skakać po tym stole. – zaśmiał się, a ja spojrzałam na niego spode łba.
- Cicho. – jednak nie mogłam powstrzymać parsknięcia. Co muzyka i głupawka robi z człowiekiem.. Miałam powiedzieć i alkohol, ale przecież wypiłam tylko jednego drinka. I do tego nie był on zbyt mocny. – Pójdę wziąć prysznic. – oznajmiłam. Robert chyba chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymał. Weszłam do łazienki, wykonując niezbędne jak dla mnie, wieczorne czynności. Mimo, że myślałam, że bardziej żywa być nie mogę, to jednak chłodny prysznic zrobił swoje. Po 15 minutach wyszłam do pokoju. Robert leżał jak zwykle wygodnie na łóżku. Kiedy mnie zobaczył zaśmiał się tylko z napisu na mojej luźnej koszulce - Last clean T-shirt.  Zszedł z łóżka i przelotnie całując mnie w czoło potruchtał do łazienki. Rzuciłam się na łóżko i stwierdziłam, ze jest to jeden z moich najpiękniejszych dni w życiu. Nie dlatego, że Robert strzelił gola, że zadedykował go mnie, że zremisowaliśmy, że poznałam kolejnych piłkarzy BVB, że była fajna i udana impreza, ale dlatego, że Robert pierwszy raz otwarcie i wprost powiedział mi, że mnie kocha. Niby sekunda, jedno zdanie, dwa słowa, dziewięć liter. Niby nic nadzwyczajnego, ale dla mnie była to najpiękniejsza chwila w dotychczasowym życiu..

Na wstępie przepraszam bardzo za to, że po raz kolejny dodaję w porach wieczornych, kiedy wszyscy zdążą się naczekać i są już zniecierpliwieni. Dzisiaj miałam bardzo dużo załatwiania formalności na mieście i urzędzie w związku z dowodem tymczasowym, który potrzebny mi jest do wyjazdu do Niemiec. Berlina się Wiktorii zachciało, o! Ale na szczęście mogę już odetchnąć z ulgą ;> Rozdział jako taki nie jest najlepszy, ale czy kiedykolwiek byłam zadowolona ze swojego rozdziału? Nie, więc zdążyłam się już do tego przyzwyczaić. Jak wiecie byłam też ostatnio na meczu Lecha z Wisłą i muszę powiedzieć, że zobaczyć na własne oczy przeszczęśliwego i przedumnego z gola Teodorczyka - bezcenne! ♥ Dziękuję wszystkim za liczne komentarze, jesteście wspaniali! 

W związku z moim wyjazdem kolejny  rozdział nie pojawi się w piątek, ale w sobotę, lub niedzielę! 

środa, 1 maja 2013

Rozdział 23.

Przepychając się między ludźmi w biało-czerwonych strojach i flagach zeszłam schodami na dół. Oczywiście jako jedyna musiałam iść pod prąd. Ludzie w górę – Kochańska w dół. Ktoś uderzył mnie w plecy, ktoś mnie nadepnął, ktoś krzyczał coś za mną. Byłam obojętna na to wszystko, leciałam przed siebie. Chciałam być jak najszybciej w tym małym miejscu, pełnym piłkarzy. Chciałam być już przy Robercie. Dobiegłam do bramki, gdzie miałam problem z ochroniarzami, którzy nie chcieli mnie wypuścić na murawę. Wkurzona na maksa, wzięłam krótki rozpęd i przeskoczyłam bez problemu bramkę. Niestety, zahaczyłam delikatnie koszulką, która puściła kilka szwów. Trudno, zszyje się! Oby tylko Lewy się nie skapnął..  Biegłam przez zieloną, sztuczną trawę. Za mną ochroniarze krzyczeli niewiadomo co. Zaśmiałam się tylko i wbiegłam do tunelu, gdzie czekał mnie ten cholerny labirynt. To było tak… W prawo, potem lewo, ej, a może tutaj w lewo, a potem w prawo…? Zapytałam jakiegoś faceta w garniturze. On zdziwiony pokazał mi kierunek, gdzie się udałam. W końcu ukazały mi się wielkie drzwi z napisem „Szatnia” gdzie popychając mocno masywne drzwi, wbiegłam do środka. Nie patrząc na to, że chłopacy się przebierali, odszukałam wzrokiem Lewandowskiego. O tak, jest! Mój piękny, bez koszulki. Mój bohater! Pobiegłam do niego, mimo protestów chłopaków, którym deptałam ciuchy. Pewnie powinni być źli, ale śmiali się tylko pod nosami, kręcąc głowami. Byli tak samo szczęśliwi jak ja, nie mogli się gniewać. Rzuciłam się na Roberta i zaczęłam go całować. On lekko zdziwiony moim gestem, odwzajemnił go.
- Wiedziałam, że się uda, kochanie! – przytuliłam go jeszcze raz. – Jestem z ciebie bardzo dumna. – szepnęłam. Przypomniał mi się sen. Mam nadzieję, że nic z niego się nie spełni..
- Cieszę się, że sprawiłem ci radość. Dla mnie to jest najważniejsze. – odparł z uśmiechem. – Dla takich gratulacji mógłbym strzelać codziennie! – dodał, ale oczywiście poznał się na mnie i wiedział, że nie jest tak jak być powinno. - Co jest?
- Ja cię przepraszam, ale przed meczem zasnęłam i.. i miałam taki głupi sen.. – powiedziałam, spuszczając głowę. On spojrzał na mnie pytająco, a ja opowiedziałam mu pokrótce zawartość z mojej krainy Morfeusza.
- Powiem ci, że sam nie chciałbym, żeby on się spełnił.. Ja i dziecko? Z Anką? – skrzywił się lekko. – Jeżeli już, to na pewno nie z nią! Możesz być pewna.
- Tak? Naprawdę mi ulżyło. – przewróciłam oczami, zakładając ręce na piersi. Nadal nie mogłam pozbyć się tych myśli z głowy.
- Czemu gratulujesz wszystkim, tylko nie mnie? – podszedł do nas zawiedziony Kuba, robiąc teatralną podkówkę.
- Bo byłeś gdzieś z Agatą, to co miałam się do ciebie przeciskać.. – zaśmiałam się. – A tak poza tym, to pogratulowałam tylko Bobowi.
- I to jak, chłopie! – zaśmiał się mój ukochany, szperając w torbie.
- Dla mnie Agata też była miła, zmówiłyście się, hm? – pogroził mi palcem.
- Ta, na pewno! – mówiłam sarkastycznie. – Ale przejdźmy do rzeczy, skoro tak nalegasz. A więc.. Drogi, wyjątkowy, najlepszy..
- I najprzystojniejszy kapitanie na świecie – wtrącił, ukazują mi przy tym swój palec wskazujący.
- Nie przerywaj mi! – przewróciłam oczami z niewielkim uśmiechem. – Chciałabym z tego miejsca bardzo serdecznie..
- Wicia, zamknij ryjka i mnie po prostu przytul! – pociągnął mnie do siebie i uczynił to, co ja powinnam według niego zrobić od razu.
- Ej, nie podobała ci się moja przemowa, którą dopiero zaczynałam? – spytałam z wyrzutem.
- Na pewno byłaby wspaniała, ale wystarczy, że nasłucham się takich tekstów u teściowej, którą tak bardzo kocham.. Matko, co ja gadam. – złapał się za głowę, a ja wybuchłam śmiechem.
- Czyżbyś nie lubił swojej teściowej? – spytałam z uniesioną brwią.
- Ja? Ależ skąd! Ja jej po prostu nie znoszę. – przewrócił oczami, a ja cały czas się uśmiechałam.
- Myślałam, że skoro to mama Agaty, to będzie równie wspaniała co i jej córka.. – wywodziłam, uśmiechając się do siebie z miny Błaszczykowskiego.
- Uwierz, całościowo wdała się w ojca. – odparł, na co mój uśmiech przeszedł do szerszych rozmiarów.
- Serio z nią jest aż tak źle? – próbowałam zmusić go do powiedzenia choć jednej pozytywnej rzeczy o teściowej. 
- Gorzej niż źle, kochana! Czepia się każdej rzeczy, którą tylko zrobię! Myślałem, że po ślubie przyzwyczai się do mnie i odpuści, ale to się nasiliło.. – westchnął, spuszczając głowę.
- A myślałam, że nie da się ciebie nie lubić.. – naigrywałam się z niego. Pierwszy raz znalazłam temat, w którym mogę go zagiąć, więc postanowiłam skorzystać. On w odpowiedzi spojrzał na mnie z politowaniem.
- Kurduplu!! Właź pod ten prysznic, bo wiecznie czekać to ja nie będę! – krzyknął zniecierpliwiony Wasilewski, a zgromadzeni w szatni zaczęli się śmiać.
- Ja ci dam kurduplu, ty debilu na sterydach!! – odkrzyknął zdenerwowany Kuba i zaczął biec w stronę Marcina. Kiedy uśmiechałam się z ich widoku, ktoś złapał mnie za biodra.
- I jak? Nie wiem czy pamiętasz, ale kiedy graliśmy w prawdę, to obiecałaś mi, że powiesz mi imię chłopaka, który ci się podoba. Nadal korci mnie kto to.. – zaczął Lewy, a ja zaśmiałam się serdecznie. Nie wiem czy udawał głupiego, czy taki był.. No, to prawdopodobne..
- Myślałam, że już się domyślisz, głupku.. – przewróciłam oczami.
- No, ale skąd mam to wiedzieć? Może to ktoś inny był, a teraz wyszło jak wyszło i zapomniałaś o tamtym.. – podniósł brew. Uśmiechnęłam się, próbując zrozumieć wyjaśnienia Lewandowskiego..
- Nie bądź głupszy niż jesteś, okej? Zawsze byłeś to ty i niech tak pozostanie. – odparłam z uśmiechem. Wtedy dotarł ręką do miejsca, w którym była rozerwana jego koszulka.
- Moje pytanie numer jeden: jak śmiałaś podrzeć moją koszulkę i to taką, w której strzeliłem gola..? – spojrzał na mnie przeszywającym wzrokiem. Uśmiechnęłam się słodko i z miną niewiniątka patrzyłam na niego.
- Przecież nie chciałam.. – zaczęłam.
- To coś ty robiła?
- Skakałam przez bramkę. – powiedziałam tak cicho, że sama praktycznie siebie nie słyszałam.
- Co? Co ty robiłaś? – chyba wyłapał część i nie zamierzał odpuścić. Nachylił się delikatnie do mnie, skupiając bardziej na tym co mówię.
- No skakałam przez bramkę. – powtórzyłam teraz już nieco głośniej, ale nadal trochę zawstydzona.
- To już nie wystarcza ci Szczęsny, więc postanowiłaś go zastąpić, tak? – spytał uradowany, a ja przewróciłam oczami.
- No przecież wiesz, że nie tę bramkę. Ten miły ochroniarz co mnie tak wpuszcza, był po drugiej stronie stadionu i nie chciało mi się tam przepychać.. I trafiłam na takiego głupiego, który mnie bezczelnie zlał, myśląc, że jestem jakąś napaloną faneczką Lewandowskiego.. – założyłam ręce lekko oburzona.
- A nie jesteś?
- Zamknij się już! W ogóle skończmy ten temat, bo i tak zaraz tu wpadną, bo nie powinnam tu przebywać..
- Okej, okej. – cmoknął mnie w usta rozbawiony. – Kochańska skacząca przez barierki, achhh! Zbiórka na tą imprezę jest za godzinę. To może pójdziemy sobie jeszcze sobie wiesz.. do pokoju? Przeanalizujemy bardzo dokładnie mecz.. – spojrzał na mnie z oczami małego dziecka, przyciągając coraz bliżej.
- Hahaha, śmieszne Lewandowski. Ale okej, chodźmy już, bo nie chcę patrzeć na tą nierówną bójkę. – wskazałam palcem na bijących się nadal Wasilewskiego i Błaszczykowskiego. Odsunęłam się od niego i splotłam nasze palce.
- Ej, lamusy! – krzyknął do naszej paczki. – My idziemy do pokoju, więc jak coś to tam. – oznajmił Lewy, na co odpowiedzią było kiwnięcie głowami i machnięcie ręką. No bo czego można się spodziewać? A potem są spiny, bo szukają nas po całym hotelu.. No cóż.
- O, Robert! – usłyszeliśmy, kiedy szliśmy już korytarzem. Lewy westchnął i niechętnie odwrócił się w stronę głosu.
- Tak?
- Chciałbym ci bardzo serdecznie pogratulować, bramka była zjawiskowa. – uśmiechnął się facet, jakoś przed czterdziestką, w klubowym dresie ze znaczkiem reprezentacji. Dziwne, bo nie znałam go.
- Dziękuję bardzo. – odpowiedział mój luby z uśmiechem. – Chciałbym panu przedstawić moją dziewczynę, Wiktorię Kochańską. – dodał z uśmiechem, pokazując na mnie.
- Bardzo miło mi panią poznać. Nazywam się Leszek Dyja. Jestem trenerem przygotowania fizycznego. – dodał, wiedział pewnie, że jego twarz jest mało znana. Z trenerów znam tylko selekcjonera.. Uścisnęłam jego dłoń z uśmiechem.
- Mnie również jest miło. – odparłam. Ugh, nie lubiłam tych przedstawień.. Ale..? W sumie to bardzo miło słuchać, kiedy Robert Lewandowski przedstawia mnie z dumną, mówiąc, że jestem jego dziewczyną. Jeszcze kilka tygodni temu siedziałabym w pokoju i narzekała, jak ja to mam źle i jak bardzo zazdroszczę Ani, lub jakiejkolwiek dziewczynie, która mogła widzieć się z Lewym. A teraz? Sama nią jestem i zdaję sobie sprawę z tego, że sytuacje się obróciły. W tym momencie to mnie dziewczyny zazdroszczą i nie jestem zbyt lubiana, jeśli chodzi o damskie grono kibiców polskiego napastnika. Ale rozumiałam je doskonale, wcale nie miałam im tego za złe. Przecież niedawno robiłam to samo..
- Aha, i Robercie.. Miałbym do ciebie ogromną prośbę. Czy mógłbyś wypełnić dla mnie tą ankietę? Ona dotyczy spraw żywieniowych i takie tam.. Bo ostatnio na treningu cię nie było, a chłopacy to wypełniali. Brakuje mi tylko twojego, a muszę to dostarczyć jutro do południa. Przepraszam, bo wiem, że pewnie chcesz inaczej spędzić czas – tutaj spojrzał na mnie, no i do cholery miał rację, nie wiem czemu jeszcze drążył ten temat! – ale jest mi to naprawdę potrzebne. 10 minut i będzie z głowy. – dodał i uśmiechnął się.
- Dobrze, zrobię to. Chociaż jakoś mi się nie uśmiecha.. – z uśmiechem podrapał się po głowie i wziął od trenera kartę. – Na jutro będzie gotowe. – uśmiechnął się.
- Dzięki bardzo. – poklepał go po ramieniu i poszedł w swoją stronę.
- Wiedziałem, że mi coś dopieprzy.. – pokręcił głową.
- On jest jakiś nie tego.. Dobrze wie, że chcesz świętować.. a on ci z ankietą wyjeżdża.. – byłam tak samo niezadowolona z tego, jak i sam Lewandowski.
- No ale cóż, jakbym nie zwiedzał Leszna to i bym miał to z głowy. To moja wina, bo mnie wtedy nie było na treningu.. – zaczął tłumaczyć trenera. Ta, on nigdy nie mógł się na kogoś gniewać dłużej niż minutę. Stanowiło to niby jego pozytywną cechę, lecz czasem był małym minusem. Częściej powinien zawalczyć o swoje. Znaczy oczywiście robił to, ale tylko jeśli chodziło o sprawy zawodowe. Prywatnie… no nie koniecznie. Ale w sumie w tej sprawie to miał rację.
- Byłeś u mamy..? – spytałam, ale było to raczej stwierdzenie. Na te słowa skrzywił się delikatnie.
- No, pojechałem na 3 dni do niej. Wiesz, cały czas w Niemczech jestem, a ona nie lubi podróżować, więc pomyślałem, że ją odwiedzę. Ale wyskoczyli mi ze zgrupowaniem. Szkoda, że już kupiłem bilety.. – westchnął i uśmiechnął się. - .. więc się zwolniłem.
- Jakbyś chciał to i byś mógł wszystko odwołać i pojawić się na zgrupowaniu. – odezwałam się.
- No właśnie, gdybym CHCIAŁ. – podkreślił i zaśmiał się. Postanowiłam nie wypytywać o to, dlaczego jakoś dziwnie zareagował na pytanie o mamę i Leszno. Na razie nie będę psuła wieczoru..Wychodziliśmy właśnie z tunelu. Kibice, którzy jeszcze nie powychodzili ze stadionu zaczęli krzyczeć i wiwatować nazwisko mojego ukochanego. Robert uśmiechnął się tylko i pomachał im. Fajnie słyszeć takie słowa.. Przyspieszyliśmy kroku i wyszliśmy z Narodowego. Nie chcieliśmy pchać się głównymi ulicami, więc poszliśmy parkiem. Po kilkuminutowym spacerku byliśmy w hotelu.
- Gratuluję panie Robercie – uśmiechnęła się recepcjonistka, kiedy zobaczyła nas w drzwiach.
- Dziękuję bardzo. – odwzajemnił uśmiech i puścił jej oczko. Ej, nie powinnam być zazdrosna? Spojrzał na mnie.
- Wybacz, muszę się przyzwyczaić, że nie mogę kokietować już na prawo i lewo. – zaśmiał się.
- Ha, ha, ha! – mój sarkastyczny ton mówił sam za siebie. – Straszny z ciebie podrywacz..
- Ej, na treningu potrafiłem podrywać trzy cheerleaderki na raz! – wychwalał się i puścił mi oczko, bo wiedział, że mnie to zdenerwuje.
- A cheerleaderki są jakieś infantylne, że można je bałamucić kilka na raz? – spojrzałam na niego, a on się zaśmiał.
- No niby nie, chociaż..? – w tym właśnie momencie dostał z pół obrotu w głowę. – Ała!
- No dobra boski żigolo, a powiedz może jak je niby wyrywałeś? – spytałam z małą drwiną w głosie.
- Debilnymi tekstami. – wzruszył ramionami, a na jego twarzy ciągle zakradał się mały uśmiech.
- Daruj sobie. – burknęłam.
- No, ale teksty typu „Mała, masz może mapę, bo zagubiłem się w twoich oczach..” uważasz za mądre? – w odpowiedzi zaśmiałam się bardzo, ale to bardzo głośno. Może nawet za bardzo.
- Wyrywałeś laski tekstami o ładnych oczach? Błagam!
- I właśnie sama potwierdziłaś to, co powiedziałem o inteligencji cheerleaderek. – stwierdził.
- Grabisz sobie, młody człowieku. – groziłam mu palcem przed oczami.
- Kto jak kto, ale ja to tu najmłodszy nie jestem.. – powiedział cicho, ale nie aż tak, żebym tego nie usłyszała.
- No dostaniesz po tym idealnie pięknym łbie! – krzyknęłam.
- Ej, tylko nie głowa! – schował ją w dłoniach, kurcząc. Ja przewróciłam tylko oczami.
- Masz kartę? – spytałam, chociaż znałam odpowiedź. Nie wiem czy inni też to zauważyli, ale zadaję dużo zbędnych pytań, na które znam już odpowiedzi.
- Nie. – burknął i sięgnął po kartę do tylnej kieszeni. Ach, ten ton! Nie ma to jak bluzganie się z ukochanym.. Otworzył drzwi i przepuścił mnie w progu. Zdjęłam buty i położyłam się na łóżku. Robert zrobił to samo, ale wcześniej rzucił (tak, dokładnie – rzucił) torbę tak, że przeleciała przez pół pokoju. – Co robimy?
- Może powyzywamy się jeszcze i poopowiadasz o tym, jakie cheerleaderki są głupie i łatwe, hm?
- Przecież się z tobą droczyłem.. – przytulił się do mnie i przyciągnął do siebie, tak, że nie dzieliły nas już prawie żadne centymetry.
- No to super. A teraz mógłbyś ładnie przeprosić. – rzuciłam. Lewy zaczął mnie całować. Potem zjechał niżej, do szyi.. – Chyba nie miałam na myśli takich przeprosin. - ukochany podniósł głowę.
- Nie są ładne? Myślałem, że takie przeprosiny są spoko.. – zrobił podkówkę.
- No koko, koko przeprosiny nie spoko.. – zanuciłam, poczym zaśmiałam się z tego co właściwie robię.. Mogę zwalić wszystko na emocje pomeczowe. Przecież zawsze mi odwalało po rozgrywkach. Pocałowałam go namiętnie, podobnie jak zrobiłam to w szatni. – Niedługo impreza, na którą powinnam się już szykować. Więc.. chyba nie masz na co liczyć, Lewusku.. – cmoknęłam go jeszcze w czubek nosa i wygramoliłam się z łóżka.
- To było nie fair.. – udał obrażonego.
- Nie wszystko w życiu jest sprawiedliwe, kotek. – stwierdziłam wzruszając ramionami. Poszłam do łazienki, żeby odświeżyć się trochę po pięknym, emocjonującym meczu. Ubrałam się, uczesałam i pomalowałam. Po kilkunastu minutach byłam już gotowa. Zobaczyłam przebranego Lewandowskiego. Zrobiłam duże oczy.
- Jak..? – spytałam zdziwiona siadając obok niego.
- No wiesz.. Bierzesz koszulę zakładasz ją przez prawą rękę, potem przez lewą. Poprawiasz i zapinasz każdy guzik po kolei.. – tłumaczył, a ja uciszyłam go, kładąc dłoń na jego ustach. Delikatnie ugryzł mnie w nią, więc szybko pożałowałam pomysłu. Tak jak szybko ją tam położyłam, tak szybko ją ściągnęłam, pocierając się w bolące miejsce. Robert zaśmiał się tylko i pocałował ją.
- Ty już mnie lepiej nie dotykaj! – zagroziłam, uśmiechając się lekko.
- Nie wiem jak tobie, ale mi wcale nie chce się iść na tą imprezę.. – zaczął, zmieniając diametralnie temat.
- O nie, nie, nie, mój drogi. Nie wymigasz się. Obiecaliśmy, to przyjdziemy. Nie rób tym matołom przykrości..
- Ale co ja tam mam robić? Pić nie zamierzam..
- Przepraszam, co?! – przerwałam mu, podskakując jak oparzona.
- Ale za co mnie przepraszasz? – spytał udając głupka. Zresztą z lekka nim był..
- Nie zamierzasz pić? Kochanie, dobrze się czujesz? – złapałam go za czoło, teatralnie badając, czy czasem nie ma gorączki.
- Nie chcę mieć kaca jak stąd do Dortmundu. – przewrócił oczami. – Potrafię się bawić bez alkoholu.. – dodał. No tak, zapomniałam, że mi trafił się ten idealny..
- Okej, nigdy nie słyszałam tego od chłopaka. – uśmiechnęłam się.
- Dobra, ale to wszystko nie zmienia faktu, że wolałbym tutaj zostać.. – marudził.
- Ojejku, nie marudź jak moja sąsiadka.. Pobędziemy tam trochę, a potem to jak zawsze się schleją i nie będą wiedzieli, kiedy i kto poszedł. – puściłam mu oczko. On zaśmiał się tylko.
- Ej, Kochańska.. Czasem zawstydzasz mnie swoimi genialnymi pomysłami – zachichotał i pocałował mnie w policzek.
- Co z nami będzie potem? - zaczęłam, korzystając z tego, że mamy chwilę dla siebie. - Euro się skończy, potem wakacje też, zacznie się prawdziwe, codzienne życie. – westchnęłam. – Chcę wiedzieć jak to sobie wyobrażasz. Bo ja szczerze mówiąc, nie mam żądnego obrazu naszej przyszłości.. co nie oznacza oczywiście, że nie chcę jej z tobą wiązać. – zapewniłam szybko.
- Rozumiem. Powiem ci, kochanie, że sam nie wiem. Ostatnio się nad tym zastanawiałem… - spojrzał przed siebie, szukając chyba słów. – Myślę, że jakoś sobie poradzimy.. Nie będzie to takie trudne. – uśmiechnął się lekko, patrząc w beżowe ściany pokoju. – Kupimy nowe mieszkanie w Dortmundzie, bo do tamtego nie chcę wracać. Wiesz, za dużo głupich wspomnień. – spojrzał na mnie, a ja kiwnęłam głową. Doskonale go rozumiałam i nawet byłam wdzięczna, że podjął taką decyzję. Mi też by się kojarzyło to wszystko tylko z jedną osobą.. – No i jakoś stawimy czoła codzienności. – mrugnął do mnie. – Jedyne co jest trudne w tym wypadku to tylko to, że chcesz zacząć studia. I to jest oczywiste, że nie uziemię cię w domu. Ale z językiem niemieckim nieźle sobie radzisz, jak coś to angielski też znasz perfekcyjnie. W Dortmundzie jest uczelnia, która wydaje się być bardzo dobrą, nawet jedną z najlepszych jeśli chodzi o region. Koleżanka Mario też studiuje psychologię na tamtejszej uczelni i nie narzeka. Może nawet się poznacie. – uśmiechnął się. Ja analizowałam i wyobrażałam sobie wszystko co mówił. Hm, może być ciekawie..
- Pozostają nam jeszcze moi rodzice. No wiesz, trzeba im uświadomić te nasze plany. – odparłam. Byłam trochę przerażona wizją oznajmiania rodzicom, że wyjeżdżam sobie z Lewandowskim do Niemiec i będę ich odwiedzać raz na dwa miesiące i wszystkie święta, lub zgrupowania. Nie, to nie przejdzie. Trzeba będzie powiedzieć im, że będę przyjeżdżała co dwa tygodnie. Potem się jakoś wykręci..
- Nie będzie chyba tak źle – usłyszałam.– W ogóle na początku to trzeba się martwić o przedstawienie, dopiero potem o dalsze konwersacje i wykręty. – zaśmiał się, a ja mu zawtórowałam. No tak, najpierw ważniejsze rzeczy, za daleko wybiegłam z myślami i planami.
- Taa. Moi rodzice przyjmą cię bardzo ciepło i nie będzie to dla nich jakieś zaskoczenie, bo od kilku lat wmawiałam im, że kiedyś przedstawię im Roberta Lewandowskiego jako ich przyszłego zięcia, więc spoko. – wzruszyłam ramionami, a Lewy dławił się ze śmiechu. – Bardziej przeraża mnie to co będzie u twojej mamy i Mileny. – poczułam mrowienie w żołądku. Ta, stres już jest.
- Ej, ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie przejmowała się tym co myślą inni? Bardzo dużo. – odpowiedział sam sobie. – Więc się nie denerwuj. Mama zobaczy jaka jesteś naprawdę i cię zaakceptuje.
- Ale jaką mnie ma zobaczyć?
- Nie jako 20-latkę, która nie wie nic o życiu, lecz.. Dojrzałą, wspaniałą młodą damę, która będzie u boku jej syna. – uśmiechnął się. – Czyli taką jaką jesteś. Rozważną, miłą, pomocną, uśmiechniętą, naturalną… i tak dalej. – skwitował uśmiechem i spojrzał na mnie. – Nie masz się co denerwować. Nawet jeśli z moją mamą się nie ułoży, to z mojej rodziny.. hm, o Milena! Ta, zobaczysz! Będziesz miała jej już dość. – zaśmiał się. – Nie da ci spokoju. Ja już to wiem..
- Ta, dobrze wiedzieć, że chociaż jedna osoba z twojej mega wielkiej rodziny mnie zaakceptuje. Bardzo pocieszające, Lewandowski. – westchnęłam, a on się zaśmiał.
- Też cię kocham! – usłyszałam, uśmiechnęłam się pod nosem i spojrzałam na zegarek.
- Chyba powinniśmy się już zbierać. – stwierdziłam wstając z łóżka, przeciągając delikatnie.
- No tak.. – westchnął ze skwaszoną miną. – Widziałaś moje kluczyki? – spytał, rozglądając się dokoła.
- A zamierzasz jechać tam samochodem? – spojrzałam na niego ze zdziwioną miną.
- Skoro nie piję, to chociaż poprowadzę i na coś się przydam, co? – poruszał dziwnie głową. Uśmiechnęłam się.
- No jak chcesz. – wzruszyłam ramionami i sięgnęłam swoją małą torebkę. – A kluczyki są tutaj. – podałam mu je i cmoknęłam przy okazji w usta.
- Więc w drogę.. – powiedział smutno, a ja zaśmiałam się. Wyglądał jakby szedł na pogrzeb i to w dodatku ciotki, której nie znał.
- Weź się trochę rozchmurz, co? – spojrzałam na niego z uśmiechem. – Ja cię jeszcze rozkręcę tam.. – dodałam nieco ciszej.
- Co, co? – spytał ściągając brwi.
- Nic. Będziemy się dobrze bawić. – puściłam mu oczko i ominęłam w drzwiach. 

Tadam! Udało mi się  znaleźć chwilkę i dodać wcześniej. W sumie nie robię tego bez powodu, bo nie jestem pewna, czy w piątek uda mi się dodać cokolwiek, a w sobotę jest mecz Lecha z Wisłą, który będę oglądała z samej Bułgarskiej, więc z pewnością też nie będę miała możliwości..   I zostałaby niedziela, coś około późnego wieczora, a nie chcę Was aż tak zaniedbywać :* Postaram się jeszcze w tym tygodniu coś dodać :> Jeśli chodzi o mecz.. no niby nie był zbyt piękny oczami kibiców BVB, ale i tak polały się u mnie łzy szczęścia! ♥ Aż normalnie moja mama rekordowo wiele razy przychodziła do pokoju i pytała się o wynik. Nawet powiedziała mi po meczu, że jest dumna, że Polacy będą w finale, kocham Cię mamuś! Nie czytam tych durnych wywodzeń, że Borussia niby nie zasługuje na finał.. nie chcę sobie psuć nerwów, Wam też radzę mieć do tego dystans! :) Miłego dnia, kochane! :* 

piątek, 26 kwietnia 2013

Rozdział 22.


W drzwiach stał nie kto inny jak mama Roberta, pani Iwona. Okej, nie tak wyobrażałam sobie poznanie jego mamy. Z uśmiechem wyszeptałam „Dzień dobry” i nadal wpatrywałam się w jej postać.
- Witaj, kochana. Nie wiem teraz za bardzo, czy dobrze trafiłam. Ta pani na dole mówiła, że pod 313.. – tutaj urwała, cofnęła się i upewniła, czy to dobry numer. -.. powinien być mój syn. – dokończyła równie speszona co ja.
- Tak, tak. Robert właśnie bierze prysznic przed treningiem. – właśnie zdałam sobie sprawę, że strasznie głupio to brzmi. Jak można brać prysznic przed treningiem? Tylko Lewandowski tak potrafi!
- Aha. Ale dobrze trafiłam.. – uśmiechnęła się niepewnie i obleciała wzrokiem pokój. Ta, nieogarnięte ciuchy, bo nie mamy czasu na sprzątanie, moje rozwalone lakiery do paznokci, gazety na łóżku, torba Roberta na środku no i ja, w nieogarniętych włosach, pomalowanej tylko jednej ręce.. Lewandowski, odkładaj na pogrzeb! Ręką odgarnęłam swoje kasztanowe włosy do tyłu i uśmiechnęłam się do kobiety. Ciekawe co sobie teraz myśli.. Albo stop! Lepiej może żebym nie wiedziała.
- Proszę, niech pani wejdzie. – ukłoniłam się delikatnie, żeby nadrobić chociaż kulturą osobistą swój wygląd.
- Dziękuję bardzo. – odparła i weszła do środka. Chyba nie była zdziwiona widokiem naszego pokoju. Pewnie u Lewego to normalka. Ale chyba jako dziewczyna powinnam dbać o porządek, a ja chyba go jeszcze więcej powodowałam. Zamknęłam drzwi i modliłam się, żeby Lewy już wyszedł z tej cholernej łazienki. Przyspieszyłam i ogarnęłam fotel z ciuchów Roberta, żeby gość miał gdzie usiąść. Skinęła głową i usiadła na fotelu.
- No tak, zapomniałam się przedstawić. – zaśmiałam się cicho, lecz przypominało to bardziej nerwowe chichotanie. – Jestem Wiktoria Kochańska. – wyciągnęłam dłoń ku brunetce. Ona delikatnie uścisnęła moją dłoń.
- Miło mi. Ja jestem Iwona. – odparła. – I jesteś..? – spojrzała na mnie pytająco.
- Jestem dziewczyną Roberta. Tak naprawdę to od niedawna, więc to tłumaczyłoby, dlaczego pani nic nie powiedział. – nadstawiłam karku za Lewego. Wyłaź z tej łazienki, człowieku!
- Rozumiem. Szkoda, że poznajemy się w takich, a nie innych okolicznościach. – zaśmiała się. Była dosyć pogodną osobą. Rozluźniłam się trochę, ale nadal było mi głupio za ten bałagan. Wtedy Lewandowski wyszedł z łazienki. Oczywiście w samych bokserkach jak gdyby nigdy nic. A co!
- Mama? Co ty tu robisz? – spoglądał to na mnie, to na swoją rodzicielkę. Widać, że był równie zaskoczony jej obecnością, co i ja. No, to wystarczająco wyjaśniało moje poprzednie wywody, że znów może zapomniał mnie o czymś powiadomić.
- Siedzę, nie widzisz? – zaśmiała się pani Lewandowska i wstała, żeby przytulić syna. – Bałam się, ze po treningu cię już nie złapię i przed meczem nie zdążę życzyć powodzenia. – wytłumaczyła swoją nagłą obecność.
- Aha. – odparł. Widział doskonale moją minę. – Widzę, że poznałaś już Wiktorię..
- Tak, szkoda, że nie powiedziałeś mi wcześniej, że mieszkasz z taką piękną młodą damą. – uśmiechnęła się jego mama, z dziwnym naciskiem podkreślając słowo „młoda”. Obydwoje spojrzeli na mnie równocześnie. Byli do siebie bardzo podobni!
- Okej, to może wy sobie porozmawiajcie, a ja przez ten czas skorzystam z toalety. – powiedziałam i wzięłam lakier do paznokci, gdyż musiałam dokończyć sobie prawą rękę. Oni skinęli głowami, a ja weszłam do łazienki, wypuszczając głośno powietrze z płuc. Usiadłam na skraju wanny i złapałam się za głowę. Siedziałam w tej pozycji przez dobre 3 minuty. Tak po prostu. Nie myśląc o niczym.. po chwili jednak zaczęłam cierpnąć, więc wstałam i przyglądając się swojemu odbiciu w wielkim lustrze, pomalowałam delikatnie i wzięłam się za włosy. Kiedy byłam gotowa usiadłam na podłodze przy toalecie i zaczęłam malować sobie paznokcie od prawej dłoni. Wtedy doszły mnie skrawki ich szeptów:
- Ale Robert.. Czy nie uważasz, że ona jest dla ciebie trochę za młoda? Ma nieskończone 20 lat! Ty musisz się rozwijać, iść do przodu! I skąd masz pewność, że nie zależy jej na twoich pieniądzach? Teraz musisz na to uważać.. Ja nie chcę mówić o niej źle, bo wydaje się sympatyczna, ale pomyśl o przyszłości! Nie chcę, żebyś znowu cierpiał.. – szeptała mama Lewandowskiego.
- Mamo, ty słyszysz co ty mówisz? – spytał zirytowany Robert. – To teraz dla ciebie nie liczy się to, że ją kocham i jestem przy niej szczęśliwy, tylko to, co ludzie sobie pomyślą i że jest 4 lata młodsza ode mnie?
- Ale Robert..
- Co Robert! Mamo, ona jest dla mnie bardzo ważna i dla mnie nie liczy się, czy ona jest w moim wieku, czy jest młodsza ode mnie. Ona mnie zmieniła. Z powrotem jestem tamtym Robertem, który się uśmiecha, żartuje.. Nie widzisz tego? I mimo, że na papierku ma 20 lat, to jest o wiele dojrzalsza od niejednego 25 latka. Czasem to nawet zawstydza mnie to, że jest tak rozważna.. Mam nadzieję, że przemyślisz to i nie zrobisz niczego głupiego. – to ostatnie powiedział, a raczej rozkazał takim tonem, że nie odważyłabym mu się sprzeciwić. Żeby nie wzbudziło to podejrzeń to puściłam wodę z kranu i nie wiedziałam o czym była dalsza rozmowa. Nawet chyba nie chciałam wiedzieć. I tak dowiedziałam się już wystarczająco dużo. Może nawet zbyt dużo. No to mama Roberta jest przeciwna temu związkowi, bo jestem od niego młodsza. Wiedziałam, ze ten mój głupi wiek będzie przeszkodą dla niektórych.. skończyłam szybko malowanie i wyszłam z łazienki. Miałam nadzieję, że przez ten czas mama Roberta już pójdzie, ale niestety moje oczekiwania nie zostały wysłuchane. Nie wiedziałam za bardzo jak zacząć rozmowę, więc tylko usiadłam obok Roberta. Te 15 minut trzeba uzbroić się w cierpliwość, udając, że wszystko jest okej.
- No więc, dziecinko. Co chcesz robić w przyszłości? – zwróciła się do mnie, a mnie odraziło już na wstępie „dziecinko” . Nie wiem, czy zrobiła to świadomie, czy też nie, ale mnie to zirytowało.
- Chcę pójść na studia, na psychologię.. Myślę nad tym, żeby zostać psychologiem sportowym. – odparłam.
- Rozumiem.. Fajny kierunek! A czy teraz robisz coś..? – spytała, a we mnie się aż gotowało. Sugerowała, że jestem jakimś nierobem? Chociaż po bałaganie w tym pokoju.. Okej, musiałam się uspokoić. To nie jej wina. Powiedziała co myślała, no cóż. Zadziwiająco szybko zmieniłam swoje nastawienie do niej.
- Tak, teraz aktualnie są wakacje, ale uczę się. Dodatkowo jestem tancerką w jednym z zespołów tanecznych. Często występuję też jako cheerleaderka. – odpowiedziałam wysilając się na uśmiech. Chyba się nabrała, bo odwzajemniła go.
- Rozumiem, bardzo ruchliwa jesteś. – zaśmiała się pani Iwona, ale mnie nie było do śmiechu. Podniosłam delikatnie kąciki ust, lecz nie wiem czy to coś było uśmiechem. – Dobrze, bo zaraz masz trening, nie?
- Taa. – odparł Lewy. Widząc, że mama wstaje z miejsca również się podniósł, żeby odprowadzić ją do drzwi. Życzyła powodzenia synowi i coś jeszcze wyszeptała mu na ucho. – Do widzenia! – krzyknęła w moją stronę i drzwi się zatrzasnęły. Z mojej twarzy zszedł uśmiech. Nie chciałam przed Lewym udawać, że nie słyszałam tego o czym rozmawiali.
- Robert.. – zaczęłam.
- Przepraszam cię za nią. – pokręcił głową. – Kiedy poszłaś do łazienki, gadałem z nią i..
- Wiem. – odpowiedziałam szybko. – Słyszałam urywek. Nie podoba jej się to, że jestem od ciebie tyle młodsza. Może ona ma racje Robert? Może faktycznie potrzebujesz kobiety, a nie dziewczyny. Kobiety, która zaopiekuje się domem, będzie ci codziennie gotować, prasować, zmywać. Będzie twoją wizytówką… - mówiłam jak nakręcona i czułam, że w końcu ulegnę tej łzie, która kręciła się mi w oku już od kilku minut.
- Ale co ty wygadujesz?! – Robert złapał mnie za łokcie. – Spójrz na mnie. – chwycił za moją brodę i uniósł ją do góry. Nie miałam wyboru i musiałam patrzeć w jego oczy. A kiedy w nie patrzyłam, nie myślałam trzeźwo.. zawsze godziłam się na wszystko. – Wiktoria, nie potrzebuję żadnej wizytówki, żadnej kury domowej, nikogo innego. Ja potrzebuję ciebie! Tylko i wyłącznie ciebie! Bardzo dobrze wiesz, że jesteś dla mnie bardzo ważna i nie liczą się dla mnie słowa innych. Mama w końcu się przyzwyczai, to dla niej był szok. Ona nie chce, żebym ponownie cierpiał. A myśli tak, ponieważ cię jeszcze nie zna. Kiedy się poznacie, z pewnością zrozumie jakie bzdury wygadywała. – mówił, a ja jednak się rozpłakałam. – Nie płacz mi tylko tutaj, bo nienawidzę cię takiej.
- Przepraszam.. – wyszeptałam.
- No i jeszcze mnie przeprasza, nie wierzę.. – westchnął. – Głupku! Nie przepraszaj, uśmiechnij się i obiecaj, że dzisiejszego wieczoru wcale nie będziesz myślała o tym, ale poniesiesz się euforii na stadionie – uśmiechnął się delikatnie, a ja nie chcąc robić mu przykrości przytaknęłam.
- Dobrze, mam nadzieję, że mi się to uda. – powiedziałam i na mojej twarzy zagościł delikatny uśmiech.
- O wiele lepiej. – odparł i pocałował mnie delikatnie. Westchnęłam i spojrzałam na niego, odchylając głowę.
- Cieszę się, że ciebie mam. Dziękuję. – powiedziałam i pocałowałam go w szyję. Oparłam jeszcze czoło o jego ramię. Wtedy poczułam znany mi już, ładny zapach jego żelu pod prysznic w połączeniu z perfumami na koszulce, którą włożył, gdy byłam w łazience.
- Kochanie, nie chcę cię pośpieszać, ale nie uśmiecha mi się robić 10 kółek ekstra. – usłyszałam po chwili.
- No tak, przepraszam. – zerwałam się i wróciłam do łazienki sprawdzić, czy mój niewielki, ale makijaż przypadkiem od łez się nie rozmazał. Kiedy to zrobiłam wyszłam i zamknęłam za sobą drzwi od toalety. – Okej, możemy iść. – odparłam i złapałam go za rękę. Po chwili byliśmy już w drodze na Narodowy.
Sam trening nie był jakiś wielce wymagający, bo trener musiał oszczędzać orzełków na sam mecz. Dlatego też rozgrzali się tylko, rozciągnęli i potem rozegrali mały mecz. Żeby tak grali z Grecją, a zwycięstwo murowane. A, była jeszcze akcja z skarpetkami Błaszczykowskiego, za co Wasylowi i Dudce nieźle się oberwało. Jak zwykle zresztą! Trener miał już pomysł, żeby w ramach kary nie wystawić tej dwójki w dzisiejszym meczu, ale na szczęście chłopacy skutecznie wybili mu ten pomysł z głowy. Podobno odpokutują to niedługo, kiedy Fornalik wymyśli coś, co zapobiegnie kolejnym "genialnym" pomysłom. Żałowałam tylko, że nie widziałam miny Kuby, kiedy zorientował się, że koledzy postanowili poprawić sobie humor jego kosztem. Uśmiałam się na tym treningu, ale podświadomie ciągle myślałam o naszym związku i o tych wszystkich negatywnych rzeczach do nas nastawionych. Ale przy Robercie udawałam, znaczy próbowałam udawać, że wcale nie przejmuję się tym wszystkim. Był tak podniecony wieczornym meczem, że nie chciałam psuć mu nastroju i obarczać go swoimi problemami. Poszliśmy jeszcze szybko do pokoju, żeby się przebrać. I on i ja.

Do meczu pozostało jeszcze 25 minut. Jakiś miły ochroniarz pozwolił mi wejść razem z chłopakami do szatni. Usiadłam obok Roberta, przytulając się do niego.
- Stresujesz się? –spytałam, patrząc na niego.
- Teraz trochę zacząłem. – powiedział z uśmiechem. – Nie chcę narobić wstydu. I chcę, żebyś była ze mnie dumna, a im bardziej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się to niemożliwe.
- To nie myśl o tym. – odparłam cicho. – Graj tak, jakbyście grali na treningu. Nie graj dla nikogo, tylko dla siebie. Odetnij się od myśli o tym, że miliony oczekują czegoś od ciebie. Dasz radę, zobaczysz. – wtedy złożyłam mu ostatni pocałunek przed spotkaniem biało-czerwonych. Zwróciłam się jeszcze do chłopaków ze słowami otuchy i wyszłam. Błąkając się po korytarzach, zastanawiałam się co właściwie oznaczają te wszystkie ilustracje na ścianach. Niby miały pomóc w poszukiwaniu drogi, ale u mnie miało to odwrotny efekt. Jeszcze bardziej irytowałam się i rozpraszałam. Po kilku przedłużających się strasznie minutach wyszłam jednak z tunelu i nie chcąc rzucać się w oczy, szybko podbiegłam do bramki, gdzie zostałam wpuszczona przez równie fajnego ochroniarza. Szłam prosto do miejsca, gdzie siedziały inne kobiety piłkarzy. Rozsiadłyśmy się z Van modląc o wygraną.. Po chwili przyjaciółka oznajmiła mi, że pójdzie po coś do picia. Zostałam sama ze swoimi myślami i swoim zmęczeniem..
                                                                                
                                                                                * 
Ktoś przysiadł się do mnie, kątem oka zauważyłam, ze była to brunetka. Pomyliłam ją z Ewą i z uśmiechem odwróciłam się w jej kierunku.
- Ej, Ewcia! Myślałam nad tym, żeby.. – urwałam, bo zorientowałam się, że to wcale nie była osoba, której się spodziewałam. – Co tu robisz? – spytałam oschle.
- Siedzę. – burknęła. – Ale Wiktoria.. Ja nie chcę się teraz kłócić. Mam poważniejszą sprawę.
- Anka, nie będę ukrywała, że cię lubię i że chcę teraz z tobą rozmawiać. – powiedziałam, starając się utrzymać spokój.
- Wiem, wygłupiłam się na tym bankiecie. Powinnam cię przeprosić, więc przepraszam. – odparła cicho, lekko zakłopotana.
- A ja powinnam wybaczyć, ale nie wybaczę. Przynajmniej nie teraz. Skąd mam wiedzieć, że to nie jest twoja gierka? Ludzie nie zmieniają się ot tak. – pstryknęłam palcami, wzruszając ramionami.
- Ale przeprosiłam.. Mam nadzieję, że to jednak się zmieni i w końcu mi zaufasz.
- Dobra, ale nie rozumiem czemu tak nagle się zmieniłaś, co? – spytałam podejrzliwie. No sorry, ale najpierw chce mnie żywcem zabić, a potem nagle wielce moja przyjaciółka.. nie, w żadnym, najmniejszym nawet stopniu jej nie wierzę.
- Bo.. bo ja jestem w ciąży. W ciąży z Robertem, wcale nie kłamię jak to pewnie wmawiał ci twój ukochany. To 24 tydzień. Mogę pokazać ci zdjęcie USG. – powiedziała i zaczęła szukać czegoś w torebce. Po chwili wręczyła mi dwa małe czarno-białe zdjęcia, z których za wiele dla mnie nie wyniknęło, bo nic tam szczerze mówiąc, nie widziałam. – Tutaj główka, rączki i nóżki.. – mówiła pokazując mi palcem. Coraz bardziej jej wierzyłam i po moim policzku popłynęła łza. Dlaczego? Nie wytrzymałam po prostu. No bo przecież to oznaczało prawdopodobny koniec związku mojego z Lewandowskim. Nie wyobrażałam sobie życia z osobą, którą łączy dziecko ze swoją byłą. Zwłaszcza, że wiem jaka jest Ania. Nie chcę mieć z nią nic wspólnego, tym bardziej chłopaka. - Po co mi to pokazujesz? – warknęłam, pociągając nosem.
- Chcę żebyś wiedziała, że nie poddam się tak łatwo i tym bardziej będę walczyć o Roberta. I wszystko przeważa w moją stronę. Nie dość, że będę miała z nim dziecko, to jeszcze mam większy staż u niego, że tak powiem. Mamy wiele wspólnych wspomnień.. – odpowiedziała z lekkim uśmiechem.
- A co jeśli Robert nie będzie chciał uznać dziecka? – miałam wielką ochotę zerwać jej z twarzy ten fałszywy uśmieszek.
- Zawsze walczę do końca. Karate nauczyło mnie cierpliwości i tego, żeby nigdy się nie poddawać. Zamierzam zastosować się do tych wskazówek. Dobra, idę już. Naciesz się Robertem, bo to pewnie wasze ostatnie chwile. – rzuciła z szyderczym uśmiechem i odeszła. Po raz kolejny po moim policzku popłynęła łza.. Nagle ktoś zaczął mną gwałtownie potrącać.
- Ej, zostawić cię na pięć minut, a ty już śpisz! Wiem, że Lewandowski pewnie nie daje ci spać, no ale nie przesadzaj.. Ktoś mógłby cię okraść.. Nie no, spać na stadionie, brawo Kochańska! – usłyszałam przyjaciółkę, kiedy mrugałam oczami. Rozejrzałam się wkoło, lekko zdezorientowana.
- Czyli nie było tu Anki? Ja spałam? – spytałam, nie mogąc uwierzyć, że to prawda.
- O czym ty gadasz, głupolu? Ja tu żadnej Anki nie widziałam.. A uwierz, swoją brzydotą wyróżnia się z tłumu. – powiedziała śmiejąc się. Uff, czyli to był tylko sen! I to zły sen! Dzięki Bogu..

•••

Witam kochane! W porównaniu z późniejszymi rozdziałami, które właśnie piszę, to ten jest taki jakiś krótki. No, a jak go pisałam, to miałam pewność, że  jest zbyt długi! Chciałam połączyć to z kolejnym, ale teraz to już byłoby zdecydowanie za długo c: Oddaję to do Waszej opinii, mam nadzieję, że choć trochę Wam się spodoba. Z tym snem trochę dziwnie wyszło, bo początkowo było to prawdą.. Ale uznałam, że tak na samym początku nie ma co psuć ich związku. Wymyśliłam im zupełnie co innego! ;> Nie będę pisała o meczu z Realem, bo przecież każdy, nawet ten co nie oglądał meczu, wie o wyniku, bo było to sensacją w mediach, internecie i wiadomościach :D Wystarczy, że powiem, że jestem niesamowicie dumna z Roberta, ale i z całej drużyny! Więc, do następnego! ♥ 

Och, nie mogę pozostać dłużna i muszę publicznie podziękować najwierniejszej czytelniczce, dzięki której zaczynam wierzyć w swoje możliwości! Tamta rozmowa bardzo mi pomogła, Kama! Ja Ciebie też kocham! ♥ (coś za bardzo sobie słodzimy, nie uważasz? :3) Nigdy się nie poddawaj, pamiętaj! Dziękuję za wszystko Tobie, ale i też wszystkim, którzy pozostawiają tutaj komentarze! Dziękuję, dziękuję, dziękuję! :**


MAM JESZCZE DO WAS WIELKĄ PROŚBĘ! JEŚLI CHCECIE POINFORMOWAĆ MNIE O NOWOŚCIACH U SIEBIE (za co jestem wdzięczna), TO PROSIŁABYM, ŻEBY BYŁO TO W ZAKŁADCE DO TEGO PRZEZNACZONEJ, TJ. " WASZE OPOWIADANIA" ! JEST MI O WIELE ŁATWIEJ DO TEGO DOBRNĄĆ I JEST WIĘKSZE PRAWDOPODOBIEŃSTWO, ŻE SZYBCIEJ TAM ZAJRZĘ! ALE NIE UKRYWAM, ŻE CHODZI TEŻ ZWYCZAJNIE O PORZĄDEK I ESTETYKĘ. Z GÓRY DZIĘKUJĘ BARDZO! :*

piątek, 19 kwietnia 2013

Rozdział 21.


- Hej, Wiktoria! – przywitała mnie z uśmiechem blondynka. Była to żona Kuby, Agata. Przez dwa, trzy dni zakumplowałam się z nią i Ewą. Były wspaniałymi kandydatkami na przyjaciółki. Doskonale się rozumiałyśmy.
- O, hej – odwzajemniłam uśmiech i podeszłam, żeby ucałować Agę. Wtedy zauważyłam w fotelu Ewę. – Co tak się kryjesz, hm? – zaśmiałam się i podeszłam ucałować żonę naszego obrońcy.
- A bo wiesz, taka jakaś niezrobiona jeszcze jestem. – westchnęła i wszyscy wybuchnęli śmiechem.
- Okej, dziewczyny. To wy sobie pogadajcie, a ja pójdę do męskiego grona. – powiedział Robert i z uśmiechem, puszczając mi oczko przymierzał się do wyjścia z pokoju. Kiedy otworzył drzwi na niego wpadła Vanessa. – Ejej, tygrysico jedna! Ładnie to tak się nie odzywać? – groził jej palcem przed oczami.
- Ej, sorry, ale.. – nie skończyła, bo mój od niedawna chłopak jej przerwał.
- Tak, wiem. Przygotowywałaś psychicznie, a raczej fizycznie Przemka na Euro. – westchnął, ale potem na powrót wybuchnął śmiechem. Van uderzyła go tylko w klatkę piersiową i kręcąc głową podeszła do mnie pierwszej.
- Hej, grubasie mój. – przytuliła się do mnie. Robert miał racje, dawno się z nią nie widziałam, jak na mieszkanie w jednym hotelu. Musiała faktycznie nie wychodzić z pokoju. A może to dlatego, że rzadko z Lewym przychodziłam punktualnie na posiłki? Nie wiem, ale pewnie widzielibyśmy się chociaż na stołówce.. Potem przywitała się grzecznie z Ewą i Agatą. – A ty co tak na sportowo? – spytała oblatując mnie wzrokiem.
- Aa, bo dzisiaj biegałam z Robertem. – powiedziałam z wielkim bananem na twarzy. Ta, nigdy nie zapomnę tych biegów. 8 czerwca 2012.
- A to jakieś inne biegi były, że taka szczęśliwa? – Agata chyba mnie rozgryzła. Ta, miała nosa do tego. Zresztą nie trzeba być Einsteinem, żeby domyślić się prawdy.
- No nie były takie zwykłe. – odparłam patrząc w górę i z uśmiechem kręcąc się od prawej do lewej.
- O mój Boże, jesteście razem, nie?! – Ewa aż poderwała się z fotela. Ja potwierdziłam to ruchem głowy. Dziewczyny zapiszczały i powstał zbiorowy ścisk.
- Ja pierdziele, myślałam, że nie doczekam się tego dnia! – uradowana Vanessa przytuliła mnie jeszcze raz.
- A ktoś jeszcze wie? – no i padło pytanie znów z ust Błaszczykowskiej. Ta, wróciłam pięć minut temu i już na pewno cała Polska wie, nono! Czasem stwierdzałam, że chyba jednak sprawdzają się te dowcipy o blondynkach. Miałam przed sobą dwa żywe przykłady..
- Nie, jesteście pierwsze. I nie róbcie z tego jakiejś afery – pogroziłam im palcem, a potem uśmiechnęłam się szeroko. Dziewczyny chyba z jeszcze większym bananem wypytywały o to jak to się stało i takie tam. Opowiedziałam im wszystko. Wtedy do pokoju wleciał Wojtek.
- Ej, słuchaj! – zwrócił się do mnie i przyklęknął łapiąc mnie za ramiona.
- Boże, Wojtek co się stało? – spytałam nie wiedząc o co chodzi. Zresztą kiedy wiem, jeśli gadam z takimi przygłupami? Tylko trzeba dodać, że jestem uzależniona od tych przygłupów i chyba niestety ich kocham.. całe życie z debilami!
- Bo ja chciałem tu wejść, ale jakoś mnie coś zatrzymało i.. usłyszałem niechcący fragment waszej rozmowy..
- Podsłuchiwałeś! – z przymrużonymi oczami wskazałam na niego prezentując przy tym swój palec wskazujący.
- Nie, to nie było tak. Albo i było.. Kij z tym! Ale nie słyszałem całego tego opowiadania, ale wywnioskowałem, że ty i Lewus.. – mówił z iskierkami w oczach. Nie miałam serca o kłamać. I tak prędzej czy później musiał się dowiedzieć, bo był bliskim przyjacielem Lewego.
- Tak, tak, tak, tak… – odpowiedziałam monotonnie, a on uściskał mnie tak, że myślałam, że oczy na wierzch mi wyjdą i będę wyglądała nie daj Boże jak Özil.. Może jemu dodawało to uroku, ale u mnie..? Haha, Kochańska z oczami na wierzchu, padam.
- Ten tego, gratuluję! – powiedział i jak szybko wpadł tak szybko wyleciał. Oczywiście zapomniał się i skoczył ze szczęścia (ci ludzie byli chyba szczęśliwsi niż ja z tego powodu) i uderzył głową o futrynę. Syknął tylko i łapiąc się za głowę wyleciał, nie zamykając nawet drzwi. Dziewczyny trzęsły się ze śmiechu, a ja z niedowierzaniem zamknęłam drzwi po Szczęsnym.
- To nie masz już problemu jak powiedzieć innym. – odezwała się uradowana Ewa.
- Ej, to nie jest śmieszne.. Teraz wszyscy będą plotkować. – ugięłam kolana i spuściłam głowę. – Nie, nie, nie, nie! – walnęłam się tyłem na łóżko.
- Bidulka. – powiedziała smutno Agata i położyła się obok mnie, żeby mnie przytulić.
- A jak z Kubą? – spojrzałam na nią.
- O, i tutaj was zadziwię, bo pozwoliłam mu normalnie spać w sypialni! – mówiła, śmiejąc się.
- Ach, brawa dla Agaty! – zaśmiała się pani Piszczek. – Okej, ja już lecę, bo muszę mojego.. przygotować. Niech nie będzie gorszy i też będzie zmotywowany. – uśmiechnęła się szeroko. – Dobra, dziwnie to zabrzmiało. – dodała, śmiejąc się cicho.
- Ej, to ja idę z tobą, bo muszę z Kubą pogadać, bo potem to mają trening i to wszystko.. Trzymaj się kochana, widzimy się na stadionie. – posłała mi ciepły uśmiech i wyszły. Teraz z kolei Vanessa wpadła na łóżko, opierając swoją głowę na moim ramieniu.
- Czuję się obrażona, że mi tego nie powiedziałaś wcześniej, wiesz? – odezwała się.
- Po pierwsze nie odzywałaś się do nas bardzo długo – spojrzałam na nią z wyrzutem. – A po drugie to sama niedawno wróciłam z tych biegów i wiesz.. Okazało się, że miałaś racje.. Spodobałam mu się od początku – dodałam z uśmiechem.
- A nie mówiłam? – ta, wiedziałam, że wyleci z tym tekstem. U niej to standard.
- Dobra, ogar Van, bo wiesz, że nienawidzę jak tak do mnie mówisz. – wcisnęłam jej palec w brzuch, a ona zachichotała lekko.
- Wiem, że tego nie lubisz, ale za to ja uwielbiam. – odparła, ale widząc moją minę dodała: - Okej, okej. Już nic nie mówię. Dla mnie najważniejsze jest to, że jesteście razem i jesteś szczęśliwa.
- Przestań, bo mówisz jakbym z nim była jakieś 2 miesiące. Jesteśmy parą od jakiś 10 minut, jak na razie nie pasują tu teksty o tym, że jestem z nim szczęśliwa, bo sama jeszcze tego nie wiem. Kicia. – powiedziałam uśmiechając się do niej na to ostatnie słowo. U niej było wszystko na szybko.. Ja taka nie byłam.
- Ale będziesz! – krzyknęła i wstała z łóżka. – Lecę już, grubasku. Przed treningiem chcę jeszcze pobyć z Przemkiem. Ty też powinnaś.. – uśmiechnęła się znacząco.
- Też mam pobyć z Przemkiem? – zapytałam udając głupią. W odpowiedzi przewróciła oczami. Kiedy wyszła usłyszałam: „ Robert twoja ukochana jest sama, idź do niej, michu!”. Ta, cała ona. Po kilku minutkach ujrzałam w drzwiach Lewandowskiego.
- Zostawiły cię, bidulko? – spojrzał na mnie z politowaniem.
- Poszły wesprzeć swoich ukochanych. – powiedziałam z uśmiechem. Robertowi aż zaświeciły się oczy i z prędkością światła (trzaskając przy tym drzwiami tak, że obrazek na ścianie się zatrząsł) zjawił się obok mnie.
- To może też wesprzesz swojego ukochanego? – poruszył zawadiacko brwiami.
- O jakim wsparciu mówisz? – spytałam mimo, że wiedziałam bardzo dobrze o czym myśli.
- No wiesz.. Mogłabyś mi dać jakąś małą podpórkę psychiczną.. albo może i fizyczną. – zaczął, bawiąc się skrawkiem mojej koszulki.
- Myślę, że wystarczającą podpórkę psychiczną da ci wasz psycholog. A fizycznie pewnie też nie będziesz czuł się skrzywdzony, bo pan Waldemar na pewno nie odpuści. – powiedziałam z uśmiechem.
- No weź.. To swoją drogą..
- Weź się już zamknij, bo jak masz tak gadać, to chyba lepiej, żebyś w ogóle nie mówił. – odparłam i zaśmiałam się, widząc jego zszokowaną minę.
- No bardzo śmieszne Kochańska, bardzo śmieszne! – odpowiedział z sarkazmem i odwrócił się do mnie plecami, rzucając na mnie straszliwego focha. Ojej, chyba nie przeżyję! – pomyślałam i zaśmiałam się. – Ha, ha, ha! – usłyszałam.
- Ale ja nie śmieję się z ciebie. – powiedziałam i poklepałam go po praktycznie idealnie wyrzeźbionych i umięśnionych plecach. – Ile będzie trwał ten foch? Bo nie wiem za bardzo, czy wyjść sobie do Vanessy, czy już się odfochasz.. – mówiłam z uśmiechem na twarzy. Usłyszałam ciche chichotanie Roberta.
- Chyba jesteś głupia, że pomyślałaś, że cię puszczę – mrugnął do mnie i położył obok mnie. Oparł delikatnie głowę o moje ramię. – A zresztą Vanessa jest zajęta. Masz ochotę wieczorem po meczu iść na imprezę? – a żeś walnął pytanie Lewandowski..
- Yy.. A skąd ten pomysł? – spojrzałam na niego, bo nie bardzo wiedziałam o co chodzi. Zawsze wyleci mi z czymś jak Filip z konopi i rozmawiaj tutaj z człowiekiem..
- To chcesz czy nie? – spojrzał na mnie coraz bardziej zirytowany tym, że w dalszym ciągu nie otrzymał odpowiedzi.
- Nie wiem. Powiedz mi coś najpierw o tym, a potem dopiero pytaj się czy pójdę, czy nie.. – odparłam z lekkim wyrzutem.
- No bo zawsze po meczu idziemy wszyscy razem do klubu, bo wiesz.. adrenalina i te sprawy. No i zawsze chłopacy biorą też ze sobą swoje dziewczyny. – powiedział, ale widząc moją wahającą minę dodał: - Dobra, ruszaj dupę, żebyś zdążyła uszykować jakąś sukienkę i tak dalej co tam potrzebujesz i wracaj szybko, bo niedługo trening mam.
- Po pierwsze: nie zgodziłam się na tą imprezę. Po drugie: nie lubię, jak ktoś mi rozkazuje. Po trzecie: przecież trening masz za 3 godziny – to ostatnie rzuciłam z dziwną miną.
- Adnotacja do punktu pierwszego: wystarczy, że ja się zgodziłem. Adnotacja do punktu drugiego: masz mały problem, bo ja uwielbiam robić ci na złość, więc radzę ci się do tego przyzwyczaić, no i adnotacja do punktu trzeciego: wystarczająco długo mieszkam z tobą, żeby wiedzieć ile zajmuje ci przygotowanie się do jakiegoś wyjścia. – odparł z uśmiechem, a ja pokręciłam głową. Podszedł do mnie, przyciągnął do siebie i dał wielkiego buziaka. – Idę na sekundkę do Wojtka, zaraz wracam. – szepnął i wypuścił mnie z objęć. Kiedy szedł rzuciłam tylko coś o tym, że żyć bez siebie nie mogą i nie tracąc czasu ruszyłam zrezygnowana do szafy, gdzie czekał mnie bardzo trudny i długi wybór..

* 
- Chciałbym, żebyś zobaczyła Dortmund. Zobaczyła moje mieszkanie.. Żeby już się to wszystko unormowało. – powiedział Robert po krótkiej chwili ciszy. Oglądając jakiś kolejny badziewny horror, leżeliśmy obok siebie. Lewy bawił się końcówkami moich włosów.
- W sumie ja też. Ale ani się obejrzymy, a czerwiec się skończy, potem będziemy mogli ustabilizować wszystko. – odparłam zerkając na niego. – Tylko.. tylko, że boję się, że nie poradzimy sobie z tym wszystkim. Że to wszystko co jest teraz się rozpłynie i powróci szara rzeczywistość..
- Na pewno nie będzie bajecznie, to trzeba sobie już uświadomić. Ale damy radę. – uśmiechnął się do mnie.
- Obiecujesz? – spojrzałam mu w oczy.
- Obiecuję. – odpowiedział i pocałował mnie w dłoń, którą przed chwilą się bawił. Westchnęłam. Teraz czułam, że mogę z nim góry przenosić. Ale co będzie potem? Żeby się tym dalej nie zamartwiać zmieniłam temat.
- Opowiedz mi coś o Milenie. – wypaliłam. Desperacko szukałam odcięcia się od tamtych myśli. W sumie to mnie to interesowało..
- O Milenie? – spojrzał na mnie zniechęcony. Westchnął. – No to.. Ma 26 lat, głupia, pyskata i rozgadana. Bardzo często robi mi na złość i nie idzie z nią wytrzymać. Kiedy się jej odgryzę, to jest foch na 3 dni i gadki u mamy, że ona myślała, ze przeszła już okres kłótni rodzeństwa. Coś jeszcze chcesz wiedzieć o tym szatanie? – jego wzrok padł na mnie, a ja zaśmiałam się. Tak, typowe problemy rodzeństwa. Ja niestety nie miałam siostry ani brata, ale przechodziłam takie coś z Vanessą. Ona chyba była gorsza od młodszej, rozkapryszonej siostry..
- Dobra i tak za wiele się o niej normalnego nie dowiem, więc już cię nie męczę. – odparłam i przewróciłam oczami. Robert uszczypnął mnie w bok. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła 14.00, więc wstałam z łóżka. – Ruszaj tę zgrabną dupę, bo zaraz masz trening. – powiedziałam, a on zaśmiał się pewnie na to stwierdzenie przed „dupą”. Ach, zawsze wiedziałam jak kogoś podbudować.
- Przecież on jest za godzinę.. – zaczął leniwie. Widziałam, że za bardzo nie chciało mu się tam iść.
- Ale ominie cię cała zabawa z czerwonymi skarpetkami Kuby.. – zrobiłam podkówkę. Lewandowski zaśmiał się głośno.
- No tak, zapomniałem! - uderzył się w czoło między napadami chichotu.
- A czy ty w ogóle kiedyś o czymś nie zapomniałeś? – spytałam z założonymi rękami.
- Nigdy nie zapomnę o dzisiejszym dniu. – odparł i po sekundzie był już obok mnie. Delikatnie położył rękę na moich biodrach i pocałował mnie w policzek. Pozostał dłużej w tej pozycji, opierając swoje czoło o moją skroń. Uśmiechnęłam się tylko i widząc, że piłkarz ma zamiar iść do łazienki ruszyłam biegiem w jej stronę. Niestety drzwi zatrzasnęły się i usłyszałam przekręcający się kluczyk.
- No ej! Robert ja pierwsza!! – wydarłam się na niego.
- To ja mam trening, nie ty, więc nie marudź. Tak, tak. Ja też cię kocham! – rzucił. Chyba powiedział coś jeszcze, ale słyszałam tylko dźwięk odbijanej wody o podłoże prysznica. Zabiję go kiedyś! No jak Boga kocham! Uśmiechnęłam się na wyobrażenie sobie widoku siebie duszącej Lewandowskiego. Oj, chciałoby się! Wybrałam z szafy ciuchy, wzięłam pierwszą lepszą gazetę ze stolika i położyłam się na łóżku, czekając aż Lewandowski już się wypiększy. Po chwili pomyślałam jednak, że pomaluję sobie paznokcie, bo nie zanosi się, żeby mój ukochany wyszedł po minucie. Z myślą o wieczornej imprezie dobrałam kolor do sukienki i powróciłam na łożę. Miałam już gotową jedną rękę i miałam brać się za drugą, ale przeszkodziło mi pukanie do drzwi. Niechętnie wstałam i machając ręką, żeby lakier lekko przeschnął otworzyłam drzwi. Przeżyłam niemały szok. Muszę przyznać, że tego się nie spodziewałam!

•••

Witam w kolejny piątek! Wybaczcie, że o tej porze dopiero, ale korzystam z pogody i byłam z moimi wariatkami na biegach, które miały trwać godzinę, a trwały trzy.. oczywiście te dwie dodatkowe spędziłyśmy na gadaniu, odpałach i potem wcięłyśmy się na orliku do gry z jakimiś chłopakami, haha :D Chciałybyście widzieć ich miny, kiedy na lajcie robiłam sobie podbitki i inne popisywaczki. No co? Musiałam przecież zachęcić ich do tego, żeby zgodzili się przyjąć nas do drużyny.. W rezultacie kłócili się o to, do której pójdę, zupełnie mnie nie znając.. jest lans! <3 Jeśli chodzi o rozdział, to bardzo Was już z góry za niego przepraszam. Nic nie wnosi, takie flaki z olejem.. :c No cóż, może chociaż uśmiech się pojawi? Bo to przecież między innymi o to mi chodzi ;> Więc naładowana pozytywną energią pozdrawiam Was, kochane! Jeśli już jesteś, to byłoby mi niezmiernie miło, kiedy mogłabym przeczytać od Ciebie szczerą opinię! :*

piątek, 12 kwietnia 2013

Rozdział 20.

Obudziło mnie delikatne łaskotanie po szyi. Otworzyłam oczy. 
- Wstawaj śpiochu, bo już 11:00. – usłyszałam, ale zbagatelizowałam to, bo myślałam, że to mi się śni. Jednak gilgotanie się nasiliło i po raz kolejny lekko zirytowana otworzyłam oczy. – I mów mi, że nie chcę cię budzić, skoro ty masz takie problemy ze wstawaniem! – marudził Lewandowski. Przeciągnęłam się i ujrzałam go siedzącego obok mnie. Zerknęłam na zegarek ( jakby Robert nie mówił mi która jest godzina..) 
- Boże, czemu mnie wcześniej nie obudziłeś?! – zapytałam wstając szybko z łóżka. To był błąd, bo moja pupa po wczorajszym wypadku nie miała się za dobrze. 
- No i jeszcze ma do ciebie pretensje! – uderzył dłońmi w kolana. – Ja od pół godziny delikatnie jak księżniczkę piórkiem budzę, a ta z krzykiem! 
- Dobra, przepraszam i dziękuję, że mnie w ogóle obudziłeś, pacanie. – powiedziałam i ruszyłam do łazienki. Matko, ja sama wyglądam jak ta z horroru, Robert faktycznie miał stalowe nerwy. Powoli ogarniałam się, kiedy przypomniało mi się, że nie wzięłam ciuchów. Paradując jak gdyby nigdy nic w samej bieliźnie podeszłam do swojej szafki i wyciągnęłam rzeczy. Z uśmiechem od ucha do ucha nałożyłam na siebie ciuchy. I tak wieczorem na mecz się przebiorę.. Wyszłam podśpiewując nastrojową piosenkę Oceany. 
- Co taka wesolutka? – usłyszałam od leżącego na łóżku piłkarza. 
- A bo wesolutki dzień dzisiaj. – odparłam z uśmiechem. – Mam nadzieję, że nie zepsujecie mi go przegraną. – pogroziłam mu palcem, ale na powrót się uśmiechnęłam. Zajęłam miejsce obok Roberta. 
- Nie będziemy śmieli. – złapał się teatralnie za klatkę piersiową i pochylił głowę. Zaśmiałam się cicho. 
- Jak nastrój przed dzisiejszym meczem? Stresujesz się już? – spytałam patrząc na niego. 
- Nie można nazwać tego stresem, bo już przyzwyczaiłem się do czegoś takiego. – odparł z uśmiechem. – Ale jest to bardzo ważny mecz dla mnie, więc jakiś niepokój i spięcie jest. – obleciał mnie wzrokiem. 
- Co jest? – spytałam widząc jak się przygląda. Nigdy tak nie robił, no prawie nigdy.. To co było na basenie, stanowiło wyjątek.. 
- Bo chyba nie masz ochoty się już przebierać, nie? 
- Zależy na co.. – nie wiedziałam za bardzo o co mu chodzi, więc czekałam na wyjaśnienie. 
- Bo mówiłaś, że lubisz biegać.. I tak pomyślałem, że może w ramach rozluźnienia zrobilibyśmy parę rundek po parku.. Ale jak nie chcesz, to okej – powiedział z uśmiechem unosząc ręce do góry. 
- Nie, nie. Szkoda, że nie powiedziałeś tego wcześniej, no ale cóż. – odpowiedziałam z uśmiechem. Nie spodziewałam się jednak, że tak szybko będę musiała zmieniać strój. – Poczekaj 5 minut. – dodałam i po raz kolejny sięgnęłam po ciuchy, tym razem te sportowe. Trzeba przyznać, że niezły pomysł miał z tym bieganiem. Następnie weszłam do łazienki ( coś często przeze mnie odwiedzanej) i ubrałam szorty, buty do biegania i luźną bluzkę. Spięłam włosy w kucyk i byłam gotowa. Robert nie musiał się przebierać, bo od rana był na sportowo. Pewnie planował już te biegi, zapytanie się mnie o zdanie było chyba tylko formalnością. Ale nie mógł powiedzieć mi tego wcześniej? Zapewne zapomniał, albo uznał, że przebieranie się w kółko sprawia mi frajdę.. Tak więc, szybko zbiegliśmy ( tak, biegliśmy po schodach, taka tam rozgrzewka..) i byliśmy już na dole. Zdałam sobie sprawę z tego, że nic nie jadłam. Hm, mówić mu, czy nie? – Lewy, ja wezmę tylko jabłko z kuchni – powiedziałam i byłam już gotowa do tego, żeby iść po owoc, ale zostałam zatrzymana. No tak, mogłam się spodziewać, że się domyśli.. 
- Moja droga panno, trzeba było przypomnieć, że nie jadłaś. Na czczo nie można biegać. – stwierdził. 
- Najedzona też nie mogę. – stwierdziłam, wzruszając ramionami. Po jego minie wywnioskowałam, że jednak woli chrzanić zasady i być pewny, że mu nie zemdleję.. - Ale zjem jabłko i będzie okej. Chodźmy już. – odparłam, ale Robert złapał mnie za łokieć. 
- Chyba nie myślisz, że puszczę cię tak na bieganie? – uniósł brew i zaprowadził do kuchni. – Jakieś dobre śniadanie poproszę, Martuś. – zwrócił się do młodej kucharki. Martuś? Boże, nie wiem czy on tak zawsze się do niej zwraca, czy robi tak dla pokazówki, ale coraz bardziej wątpię w słowa Wasilewskiego.. 
- Jak nie zapomną, to zaśpią. Idzie się z wami zarobić na śmierć! – lamentowała Marta, ale zaraz potem z uśmiechem podała mi talerz z pysznie wyglądającymi kanapkami. Widocznie zostawiła to domyślając się, że nie zejdę w odpowiednim momencie.. Mimo, ze wcześniej nie odczuwałam głodu, to na widok tych smakołyków pociekła mi ślinka. Oczywiście żarłok zjadł wszystkie, no bo jak inaczej? U Kochańskiej nie marnuje się jedzenia! 
- Idziemy? – spytał oparty o ścianę Robert. Był uradowany patrząc jak jem. Nie wiem dlaczego, ale zawsze szczerzył tą swoją idealnie piękną mordkę, gdy widział jak konsumuje. Co w tym śmiesznego? Dobra, nie udaję już głupiej, bo wiem, że to z jakim entuzjazmem jem może wydawać się śmieszne. 
- Taa, teraz już na pewno tak. – powiedziałam z uśmiechem i ruszyliśmy do wyjścia. Szybkim marszem poszliśmy do parku i tam dopiero zrobiliśmy krótką rozgrzewkę. Przynajmniej nauczyłam się trochę lepszych ćwiczeń, same plusy! Po 15 minutowej rozgrzewce ( jednak te wszystkie dokładne rozgrzewki i to wszystko stanowiło mocny minus w całym tym bieganiu z piłkarzem), ale przebrnęłam przez to i zaczęliśmy to na co tu przyszliśmy, więc biegi. Oczywiście Robert jak na piłkarza przystało był o wiele szybszy ode mnie i pobiegł przodem, a mnie zostawił w tyle. A co! Ja swoim tempem, on swoim i wszyscy są zadowoleni.. Po ponad półgodzinnym maratonie zdyszana stanęłam obok Roberta, który praktycznie wcale się nie zmęczył. Dla niego nie było to wielkim problemem. 
- Zauważyłem, że nasza kochana Kochańska się zmachała, więc się zatrzymałem. – powiedział śmiejąc się. Ja przewróciłam oczami i nachyliłam się, opierając ręce o kolana, żeby złapać trochę oddech. – Coś czuję, że nie będziesz moim wiernym kompanem w porannym bieganiu, nie? – znowu parsknął śmiechem. Teraz jemu pojawił się dobry humor. 
- Zamknij się – zmrużyłam oczy. – Jak trochę poćwiczę, to cię dogonię – powiedziałam, prostując się i chcąc usiąść. 
- No chyba zgłupiałaś! – usłyszałam i poczułam, że ciągnie mnie za rękę w swoją stronę. Łapiąc równowagę spojrzałam na niego czekając na jakieś rozsądne wyjaśnienie. Nie chciałam już na niego krzyczeć i nie psuć mu nastroju, więc zaczęłam odliczać do 10.. 1,2,3,4,5… Kurde, gówno daje. – Po takim bieganiu nie powinnaś tak od razu siadać, bo jutro to już kompletnie nie wstaniesz. – odparł uradowany, jakbym nie wiedziała ile to jest 2+2. Przewróciłam oczami. 
- To co mam zrobić? – spytałam lekko zirytowana. – Stać tak?! 
- Nie. – oparł spokojnie. Jezu, jego spokój mnie czasem przerażał. Ja sama ze sobą bym nie wytrzymała, a on..? Złoty człowiek! – Połóż nogę na ławce – tutaj pokazał ręką na ławeczkę obok nas. Zrobiłam to co powiedział. – Dokładnie, ręce na kolanie. – pokazywał mi jak dokładnie mam się ułożyć. – I dociskaj. Bez skojarzeń. – powiedział z rękami ku górze, ale ja nie mogłam powstrzymać śmiechu. Zauważyłam, że Lewy też się uśmiechnął. – Ej, ale co to ma być? – podszedł do mnie i złapał za biodra, delikatnie pokazując jak mam to prawidłowo wykonywać. Okej, muszę przyznać, że dotyk jego dłoni na swoich biodrach lekko mnie rozproszył. Boże, co się ze mną działo! Jak ten facet na mnie wpływa.. 
- Przepraszam. – szepnął, kiedy widział moją minę. Chyba nie zdołałam ukryć tego rozkojarzenia. No cóż, aktorką to ja za dobrą nie jestem.. 
- Nie masz za co. – odpowiedziałam i odwróciłam się do niego przodem. – W sumie to chciałabym z tobą porozmawiać.. – zaczęłam. Byłam już gotowa. Tak, gotowa, żeby mu to wszystko powiedzieć.. Teraz albo nigdy, dajesz Kochańska! 
- Ja też i to bardzo. – usłyszałam. Helołł, to ja miałam tu mówić! Miałam mega ważną sprawę do obgadania, a ten mi przerywa! Ale pozwoliłam mu zacząć. – Już nie mogę więcej wytrzymać.. Chodzi o to co jest między nami.. – spuścił wzrok. Załapałam, że chce powiedzieć mi to, co ja jemu. – Bo ja już tak nie mogę, Wiktoria. Nie jestem wstanie być tylko twoim przyjacielem. Wiem, że stawiam cię pod murem, albo wszystko albo nic.. Ale inaczej nie potrafię. Kiedy tylko zobaczyłem cię wychodzącą z łazienki w tym ręczniku.. Od razu mi się spodobałaś. – tutaj uśmiechnął się, ukazując swoje śliczne dołeczki. – Kiedy zaczęliśmy z sobą rozmawiać, kiedy cię poznałem.. to wszystko się nasiliło. Byłaś, znaczy jesteś dla mnie dziewczyną idealną. Twoja naturalność, poczucie humoru.. mógłbym tak wymieniać. Jesteś piękna na zewnątrz, ale jeszcze piękniejsza w środku. A taką dziewczynę nie spotyka się na każdym kroku.. Zwłaszcza ja mam z tym problem, o czym znakomicie wiesz. – tutaj trochę się już rozluźnił, bo powiedział co miał powiedzieć, teraz zostało mu czekanie na moją odpowiedź. A ja? Ja stałam jak wryta, bo powiedział dokładnie (no, prawie) to samo, co ja miałam zamiar mu oznajmić. Lewandowski odważył się podnieść głowę i spojrzeć mi głęboko w oczy. Tonąc w niebieskim pięknie, zapomniałam o bożym świecie. 
- Robert.. – zaczęłam. Miałam straszną gulę w gardle i nie mogłam dosłownie mówić. – Ja.. Ja.. Kurde. Widzisz jak na mnie działasz, człowieku! Tak jak zawsze jestem rozgadana, tak teraz nie mogę się wysłowić.. Jestem zszokowana, bo powiedziałeś dokładnie to co ja chciałam ci powiedzieć, zaczynając tą rozmowę. Było dokładnie to samo, lecz przy pierwszym spotkaniu ja nie widziałam cię w ręczniku. – zaśmiałam się cicho, a Robert uśmiechnął szeroko. – Zobaczyłam się natomiast na stadionie w Poznaniu. Ojejku, co ja przeżywałam, kiedy cię zobaczyłam! W minutę - mimo, że był to twój pierwszy mecz w niebiesko-białych barwach, tak, miałam ten zaszczyt i widziałam twój pierwszy mecz w tym klubie.. – dodałam widząc jego minę. - .. no i w minutę zostałeś moim ulubionym piłkarzem Lecha – zaśmiałam się. – No, nie zapominałam o innych, których szanowałam i lubiłam, gdyż mieli większy staż w moim ukochanym klubie, ale i tak jeśli chodzi o ciebie, byłeś.. – i nie dokończyłam, bo Robert podszedł do mnie, objął dłońmi moją twarz i szyję i złożył delikatny, niepewny pocałunek. Ja odwzajemniłam go i z czasem nasze pocałunki nie były już takie subtelne. Spragnieni siebie, nie patrzeliśmy na to, że w parku są ludzie i pewnie nam się przyglądają. 
- Mamo, mamo! Zobać, a oni się ciałują! – krzyknęła jakaś mała dziewczynka. W tym momencie niechętnie co prawda, odsunęliśmy się od siebie uśmiechnięci. 
- Może chodźmy do hotelu, co? – szepnął mi Lewy do ucha, patrząc na gromadkę ludzi, która zebrała się wokół. No tak, całujący się Robert Lewandowski nie jest codziennym widokiem. 

* 
Kiedy wpadliśmy dosłownie do pokoju dokończyliśmy to, czego nie zrobiliśmy w parku. Jejku, mogłam tak go całować całe wieki.. Teraz czułam się niezmiernie szczęśliwa. Chyba jeszcze nigdy nie było we mnie tyle pozytywnej energii, mimo, że zazwyczaj i tak mam jej dużo. Muszę powiedzieć, że też ulżyło mi, bo wszystko poszło po mojej myśli, a nawet może lepiej. W ostateczności to Robert przejął pałeczkę, co mnie lekko ucieszyło. Wszystkie moje poprzednie wątpliwości były rozwiane. Nie wiem co będzie dalej z nami i jak sobie poradzimy, ale wiedziałam jedno, najważniejsze. Jestem zakochana. Zakochana w Robercie. 
- A opowiedz to, co mówiłaś za nim przerwałem ci pocałunkiem.. Jestem ciekawy jak to było.. – jego głos przerwał moje rozmyślenia. Uśmiechnięty patrzył się na mnie. 
- A więc.. Kurde, nie spodziewałam się, że będę opowiadać właśnie tobie! – uśmiechnęłam się szeroko, a Robert poszedł w moje ślady. Przysunął się i pocałował mnie w nos. Boże, jak on zawsze będzie taki słodki, to ja chyba będę fruwać, a nie chodzić. – Wiesz, że jestem mieszkanką Poznania.. A będąc w Poznaniu oczywiste jest, że będziesz kibicował Lechowi. Chyba, że jesteś moją mamą i twoja wiedza o piłce sięga temu, że wiesz tylko kto to jest Ronaldo.. – westchnęłam tutaj, przypominając sobie swoje wykłady o piłce, klubach i piłkarzach, które i tak nie dały żadnego rezultatu.. Robert uśmiechnął się szeroko, czekając na dalszą opowieść. - A że ja uwielbiałam piłkę nożną, to regularnie jeździłam na mecze Kolejorza. W czerwcu 2008 było u nas głośno o transferze niejakiego Lewandowskiego. Mówiąc szczerze za bardzo nie wiedziałam o kim mowa. Ale nie przejmowałam się tym, bo to były nieoficjalnie informacje, a ja nie uwierzę w jakikolwiek transfer, póki nie będzie to oficjalne. 
- I dobrze robisz. – przerwał i uśmiechnął się do mnie. 
- No i dopiero, gdy było to potwierdzone z głupsza zaczęłam szukać o tobie informacji. Za wiele to ich nie było – zaśmiałam się kiwając głową. – Ale podstawowe informacje już miałam.. I potem to już tak leciało. I muszę podkreślić, że nigdy, ale to przenigdy nie byłam twoją psychofanką. Mimo, że wyglądam.. – zaśmiałam się, przewracając oczami. - Nie wyobrażałam sobie Bóg wie czego. Nawet nie śniło mi się.. No nie, tego nie mogę powiedzieć. – uśmiechnęłam się szeroko. 
- Czuję się doinformowany niczym wujek Google. – zaśmiał się. – Zostaje nam jedna sprawa wiążąca się z tym, że.. 
- Tak wiem, trzeba przyznać tamtym debilom, że mieli rację. To chyba najtrudniejsze.. – westchnęłam. 
- Jak myślisz, jak to przyjmą? – po raz kolejny odwrócił głowę w moją stronę, żeby na mnie spojrzeć. 
- Znając ich inteligencje i skłonność do idiotycznych pomysłów.. – zaczęłam, a Robert wybuchnął gromkim śmiechem. - Z czego rżysz? – zapytałam lekko rozbawiona widokiem płaczącego aż ze śmiechu Lewego. 
- Nie, nic. To wcale nie jest na temat. Znaczy się w pewnym sensie jest.. – powiedział uśmiechając się szeroko. 
- Dalej, gadaj. – uszczypnęłam go w bok, a on odskoczył delikatnie. 
- Jestem ciekawy, czy Kubuś przeżyje. – odparł uradowany. 
- Matko, coście mu zrobili? – spytałam lekko zdenerwowana wizją Błaszczykowskiego nie grającego w dzisiejszym meczu. 
- Czemu od razu cośmy mu zrobili? Ja nie mam z tym nic wspólnego.. – pokręcił głową. – Wasyl i Dudka postanowili zrobić niespodziankę kapitanowi i do jego butów na trening wlali całą butelkę keczupu. I wyobraziłem sobie scenę z całymi upierdzielonymi na czerwono skarpetkami Kuby i to, jak już wyzywa.. – powiedział i zaśmiał się cicho. Nie potrafiłam się powstrzymać i uśmiechnęłam się. Kiedy Lewandowski się śmieje, zarazi każdego, no nie ma bata! 
- Ej, wy naprawdę nie macie tak za dobrze z tymi mózgami. Przecież on może się zrewanżować i np. tobie przed meczem wybrudzi korki tym razem musztardą. I co zrobisz? – uniosłam brew. 
- No wiesz, musztardowy modny w tym sezonie.. – puścił mi oczko. 
- Hahaha, Lewandowski z musztardą w butach, nono.. – teraz to ja nie potrafiłam opanować swojego śmiechu. Robertowi nie przeszkadza jak się z niego żartuje, bo ma dystans do siebie, ale jeśli ja to robiłam to zawsze strzelał fochy.. Gdzie ty sprawiedliwość? 
- Dobra, cicho bądź, bo jak ty coś powiesz.. – odwrócił się ode mnie, mrucząc coś pod nosem. 
- No co? Jestem realistką, kochanie! – uśmiechnęłam się i pocałowałam go w policzek. – Dałbyś mi swoją koszulkę? Chciałabym już przygotować rzeczy na wieczór. 
- O jakim wieczorze myślisz? – spytał z uniesioną brwią, a ja postukałam się w czoło. Patrz jak mu szybko przeszło! – No dobra, tam gdzie zawsze. – odparł i przeciągnął się. Ja otworzyłam szafkę i wzięłam jedną z koszulek reprezentacji Polski z napisem Lewandowski. Zauważyłam, ze na każdej metce jest jakaś literka. 
- Co to oznacza? – spytałam pokazując mu metkę. 
- Oznaczam sobie z jakiego meczu są te koszulki. – powiedział z uśmiechem. – W tej akurat strzeliłem bramkę z Andorą. – dodał zadowolony. 
- O! To jest znak, że dzisiaj też strzelisz. – puściłam mu oczko i ruszyłam na drugą stronę pokoju, żeby znaleźć moje czerwone rurki. Początkowo miałam założyć krótkie spodenki, bo dzisiaj gorąco, ale o 20 nie będzie już tak parno. I w dodatku nie wiem czy wzięłam czerwone szorty.. Przyszykowałam wszystko na mecz, łącznie z farbkami do twarzy. – Idę umyć głowę. – rzuciłam i udałam się do łazienki. Kiedy zakręciłam kran i odkładałam na miejsce prysznic, to usłyszałam jakieś damskie głosy. Mówiły zbyt cicho, żebym mogła stwierdzić kim były kobiety. Zakładając ręcznik na włosy, które uprzednio dobrze wycisnęłam z ciekawością wyszłam z łazienki. 

••• 
Niespodzianka! Postanowiłam, że chyba raczej rozdział będzie pojawiać się w piątek wieczorem, lub sobotę do południa. Tak chyba lepiej, nie? ;> Jeśli chodzi o moją opinię do tego rozdziału, no to nie jest ona zbyt ciekawa. Mam dużo wątpliwości i nie jestem zbyt zadowolona z tego.. No i jak podobają Wam się wyniki losowania? Znów Real.. Mam nadzieję, że powtórzymy sukces z pierwszego meczu z Królewskimi :3 Z moimi koleżankami (jedna za BVB, tak jak ja, jedna za Realem, jedna za Barceloną.. każda z nas z innej parafii :D) odliczałyśmy do 12.00. Siedziałam przez tą lekcję jak na szpilkach, chciałam tylko dowiedzieć się z kim przyjdzie nam walczyć.. No i kiedy uspokoiłam moją ciekawość, mówiąc wszystkim, że Borussia i tak wygra z każdym, przyszło mi zmierzyć się ze sprawdzianem. Połączenie mnie podjaranej, całej w emocjach z pisaniem sprawdzianu..? Niemożliwe.. Ale jednak musiałam. Oczywiście kiedy miałam napisać nazwisko jednego z malarzy formizmu, którego imię brzmiało Robert, to mądra Wiktoria napisała co? Robert Lewandowski! Kiedy miałam napisać Borowski - napisałam Borussia. I tak wyglądało moje pisanie sprawdzianu.. Mówi się trudno, żyje się dalej! Okej, bo zaraz przebiję długość tego rozdziału swoim monologiem. Czekam na Wasze opinie, kochane! :*

niedziela, 7 kwietnia 2013

Rozdział 19.

- Słuchaj Wiktoria.. – zaczął niepewnie. – Bo my zawsze tak żartujemy z ciebie i Lewego, zwłaszcza ja, ale chcę, żebyś wiedziała, że my naprawdę tak myślimy. Pasujecie do siebie jak nikt inny. Robert przy tobie bardzo się zmienił. Na lepsze. Mimo, że nie zależało już mu na Ance, to i tak trochę przeżył to rozstanie. W końcu byli ze sobą wieki. No, chciałem tylko, żebyś to wiedziała. – nic nie opisze ulgi, jakiej wtedy doznałam. Nie wiem dlaczego, ale bałam się, że wyskoczy mi z czymś, czego bym nie chciała.. - Jestem przyjacielem Lewego i na pewno będę walczył o to, żebyś z nim była. – powiedział i uśmiechnął się.
- A co jeśli z nim nie będę? – spytałam, lecz znałam odpowiedź. Znaczy jeśli mam brać na serio to, co powiedział Marcin, to nie było opcji, żebyśmy sobie tego z Lewym nie wyjaśnili.
- Oo, lepiej nie pytaj. – odparł i podciągnął rękawy. Wybuchliśmy śmiechem. - Chociaż..? Może jakbyś była starsza, a ja trochę młodszy.. To nie wiadomo co by z tego wyszło... - poruszył brwiami, a ja prychnęłam. No a jednak!
- Dobra, dobra. Już dalej nie uruchamiaj swojej wyobraźni, bo chyba nie chcę wiedzieć co tam sobie myślisz.. - uśmiechnęłam się do niego, kiwając głową. - Dzięki, że mi to wszystko powiedziałeś. Nie wiesz jak to doceniam. – dodałam i przytuliłam się do niego. Jego duże, umięśnione ramiona sprawiały, że kompletnie nie musiałam się niczego bać. Ale i tak nie przebijały ramion Roberta, które może aż tak bardzo nie imponowały swoją budową, to jednak w nich byłam bezpieczniejsza niż gdziekolwiek indziej.
- Ej, to nie powiesz mi nic? – zrobił rozczarowaną minę. Czego on znowu oczekiwał?
- Ale co mam ci powiedzieć? – nie rozumiałam zbytnio.
- Jakie masz plany.. – na jego twarzy zawidniała podkówka. Zaśmiałam się cicho.
- Więc powiedziałeś mi to wszystko, żebym powiedziała ci, czy chcę z nim być, czy nie..?
- No nie, i tak chciałem ci to powiedzieć, ale szczerze mówiąc nie obraziłbym się, gdybyś mi coś powiedziała.. Słowo honoru, że nie powiem nikomu! – dodał szybko i poważnie, ze aż nie poznałam naszego Wasyla.
- A żeś rymnął! A tobie Robert coś mówił? – spytałam.
- Tak, ale powiem ci to, kiedy ty mi odpowiesz. – odparł sprytnie. Łoo, Marcin i coś mądrego? Cóż za przebiegłość lisa! Nie wiedziałam zbytnio co robić. Powiedzieć? Dobra, co ma być to będzie.
- Tak. – powiedziałam krótko i niechętnie.
- Co tak? Tak, że chcesz z nim być? – spytał z iskierkami w oczach.
- Dokładnie. – odpowiedziałam coraz bardziej żałując, że podzieliłam się z nim tą informacją.
- Ja pier*ole! Jak super!! Wiesz co.. Ej, bo on mi stękał.. – mówił nieschludnie i szybko. Tak jakby wygrał w totolotka, czy coś. Zresztą to mu chyba nie było potrzebne.. Boże, czy to co do niego czuję jest aż takie ważne?
- Właśnie, co ci mówił? – spytałam od razu, licząc, że podczas tej ekscytacji dowiem się czegoś więcej.
- Że jesteś idealną dziewczyną! Mówi o tobie w takich superlatywach, że aż szok! On szaleje za tobą dziewczyno! Ale nie był pewny co do twoich uczuć… Boże, jak w jakiejś komedii romantycznej! – był tak szczęśliwy, jakbym to ja z nim miała być. Naprawdę zależało mu na Robercie. Oddany przyjaciel.
- Dobra, Marcin.. Ja muszę już iść, bo będzie się denerwował. Mam nadzieję, że to prawda co powiedziałeś? – upewniłam się z podniesioną brwią.
- Szczera prawda, jak na spowiedzi. – odparł z ręką na sercu.
- Okej, ale mam do ciebie prośbę. – zaczęłam. – Mógłbyś na razie nie mówić nic Robertowi? Wolałabym, żeby dowiedział się tego wszystkiego ode mnie, a ja muszę to wszystko przemyśleć, dobra?
- Jasne. – uśmiechnął się do mnie. – Jestem tak podjarany, że chyba nie zasnę.
- O, musisz, musisz. Jutro ważny dzień. Dziękuję jeszcze raz, że mi to powiedziałeś – powiedziałam i z uśmiechem wyszłam z tego pokoju, całując obrońcę w powietrzu. Idąc do windy, która wreszcie została naprawiona, myślałam o tym, czego dowiedziałam się od Wasyla. On jest szczerym chłopakiem, nie miał powodu, żeby mnie kłamać. Przysięgał, obiecywał. Ja mu wierzę.. On utwierdził mnie w swoich przemyśleniach i nic nie wiedząc, ale dodał mi tym otuchy. Może się uda? Zamyślona weszłam do mojego, znaczy naszego pokoju.
- Co wy produkowaliście tego pilota? – spytał, lekko zniecierpliwiony.
- Co? – mrugnęłam kilka razy. – Nie, nie. Znaczy miałeś racje, Wasyl jak się rozgada to skończyć nie może. A ja głupia go słuchałam… - zaśmiałam się cicho. Od tej pory, patrzyłam na Lewandowskiego zupełnie inaczej. To wszystko jakoś tak do mnie nie docierało wcześniej.. Teraz, kiedy dowiedziałam się tego bezpośrednio od przyjaciela Lewego.. Zrobiło to wrażenie.
- Wiadomka. Myślałem, że jeśli ty tam pójdziesz, to on się zamknie, ale widocznie nie zależnie od tego, kto do niego pójdzie i tak się rozgada. – zaśmiał się, klepiąc się w uda. Rzuciłam mu pilota., a sama poszłam do łazienki.
- Działa? – krzyknęłam z niej.
- Taa! – odpowiedział głośno. – Co pierwsze włączyć?
- Wolałabym te nieszczęsne horrory zanim się ściemni, ale wiem, ze ty pewnie chcesz na odwrót, więc zapodaj jakieś romansidło. – odkrzyknęłam. Kiedy po kilku minutkach wyszłam z toalety, to leciały napisy początkowe, wesoła muzyka, wszyscy byli szczęśliwi. No tak, minus komedii romantycznych. Robert tylko westchnął. – No sorry, ale ja bardziej będę przeżywać twoje filmy, kochany. – stwierdziłam, pokładając się wygodnie obok niego. Spojrzałam na szafkę, gdzie były chipsy, cola i wino. Spojrzałam pytająco na Lewego.
- Miałem w walizce. – uśmiechnął się do mnie. Zaczęliśmy oglądać film. Już na końcówce, którą lekko przeżyłam, bo główny bohater wylądował w szpitalu w stanie krytycznym, usłyszałam słodkie i ciche pochrapywanie Lewego. Przewróciłam oczami. Postanowiłam go obudzić dopiero wtedy, kiedy obejrzę te swoje komedie. Po co ma się męczyć.. Więc z akompaniamentem wykonywanym przez Lewandowskiego przebrnęłam przez swoje filmy. Dochodziła już 20:00. Bez przypomnienia Roberta oczywiście zapomniałam o kolacji! Bardzo cicho, żeby nie obudzić Lewego zeszłam szybko do stołówki. Na szczęście były tam jeszcze kucharki.
- Dobry! – powiedziałam śmiało. – Zostało coś jeszcze z kolacji?
- Chodzi ci o resztki? – zaśmiała się jedna, która miała na imię Marta. Znałam ją, bo była niewiele starsza od Lewego, miała chyba 26 lat. Była ładna, miła i wesoła. Często rozmawiała z nami, a zwłaszcza z chłopakami.
- Takie dobre resztki. – powiedziałam również się śmiejąc.
- Dobra, poczekaj zaraz dla was coś przygotuję, bo chyba tamte już wszystko sprzątnęły. – wywróciła oczami. – Mówiłam, ze się pewnie spóźnicie albo coś, to te nic! – mówiła machając rękami. Ta, ona wiedziała, że ja zapominam o kolacji, że się często spóźniamy.. Fajnie mieć zaprzyjaźnioną kuchareczkę. Po chwili wróciła z talerzami. – Proszę bardzo. Jest to nawet lepsze, niż to, co byście jedli punktualnie. – zaśmiała się.
- Dziękuję ci bardzo, jesteś złota. – powiedziałam biorąc talerze. – Będziesz tu jeszcze? Bo nie wiem co z talerzami..
- Spokojnie, nawet jak nikogo już tu nie będzie, to zostaw je tu na blacie, ja je rano wrzucę do zmywarki, razem z porannymi naczyniami. – powiedziała miło.
- Okej, zrobię jak mówisz. – zasalutowałam z uśmiechem. Po chwili byłam już w pokoju. Położyłam talerze na stoliku i poszłam obudzić Roberta. Jejku, tak słodko spał, że z wielkim trudem dotknęłam go.
- Ej, śpiochu, jak ci się podobało? – powiedziałam z uśmiechem, szturchając go delikatnie.
- Filmy były świetne, masz super gust. – odparł przeciągając się. – Przepraszam, ale nie mogłem nic zrobić. – dodał z uśmiechem. Spojrzał na zegarek. – A kolacja?
- No patrz, znowu zapomniałam.. – klepnęłam się w czoło.
- Ej, to trzeba szybko iść, bo nam nie wydadzą i będzie powtórka z rozrywki. – powiedział, wstając szybciej, niż bym się tego spodziewała.
- Spokojnie. Już załatwione. – odparłam z uśmiechem i pokazałam mu stolik.
- Ojej, kochana jesteś.. Mm, wygląda smacznie. – stwierdził. Kiedy zajadaliśmy już kolację zrobioną przez Martę, Robert spojrzał na mnie. – Dużo zostało jeszcze tych komedii? – spytał.
- Nie, obejrzałam wszystkie, kiedy spałeś. Nie chciałam cię męczyć. – odpowiedziałam z uśmiechem.
- Naprawdę przepraszam. – powiedział lekko speszony.
- Nie masz za co. Zobaczysz ile ja będę cię przepraszała za te niekontrolowane odruchy, kiedy będziemy oglądać twoje horrory. – zaśmiałam się. O tak, trzeba na starcie uprzedzić chłopaka, bo jeszcze sam się zlęknie, tyle, że nie filmu, co mnie.
- Nie lubisz? – spojrzał na mnie.
- Nie tyle co nie lubię, co mocno przeżywam. – odparłam. Lubiłam je niby oglądać, ale zawsze musiałam mieć kogoś blisko. Lewy uśmiechnął się.
- Chyba wszystkie dziewczyny tak mają. – stwierdził.
- Pewnie nie wszystkie, ale większość. – dodałam. Kiedy zjedliśmy zgodnie z tym co powiedziałam Marcie, poszłam odnieść talerze. Kiedy wróciłam na ekranie migało logo DVD.
- Oglądamy? – spytał i spojrzał na mnie. Westchnęłam.
- Taa. – odpowiedziałam niechętnie. Nie uśmiechała mi się, żeby Lewandowski zobaczył mnie w stanie przerażenia, wynikającego z oglądania horrorów, bo byłam pewna, że przez dobry tydzień będzie ciągnął z tego bekę.
- Nie bój się! Uratuję cię przed tymi potworami – wypiął pierś do przodu. Uderzyłam go.
- Ty rycerzu, lepiej mi powiedz, czy one są takie bardziej krwawe, czy psychologiczne?
- Pomyślałem, że jak będę to oglądać z tobą, to daruję sobie te krwawe jatki, więc są psychologiczne. Duchy i te sprawy. – powiedział i uśmiechnął się do mnie. – Cho no tu już. – ponaglił mnie. Położyłam się obok niego, a raczej bardziej na nim, wzięłam chipsy ( sposób Vanessy – kiedy się boisz – jesz. ) zjadłam kilka i przygotowałam się na najgorsze. - Może otworzę ci wino? – zaśmiał się.
- No tak, do takiego romantycznego filmu jakim jest NIEODEBRANE POŁĄCZENIE. Świetny pomysł. – zaśmiałam się. Ale spoważniałam trochę. – Okej, dawaj. Napijesz się ze mną?
- Maksymalnie lampkę, ale nie więcej. Do niczego mnie nie namawiaj, bo wiesz, że ci ulegnę. – powiedział i zaczął szukać korkociągu. Że mi ulegnie? Jejku, miałam wielką ochotę mu wszystko wykrzyczeć.. Ale powstrzymałam się. Zaplanowałaś jutro, więc będzie jutro.. Po chwili przybył z nim i nalał nam wino do wyciągniętych wcześniej kieliszków. Upiłam łyka i ułożyłam się na/obok Roberta. Nie bardzo wiem jak określić tą pozycję. W każdym razie głowę miałam na jego klatce piersiowej, nogi na jego nogach ( kłóciliśmy się o to, kto będzie miał je na wierzchu, więc były splecione jak dobierany) i bliżej nie określone ułożenie ramion. Piłkarz chwycił za pilota i nacisnął play. Widząc sam początek już „siakałam”, a co dopiero będzie dalej.
- Ej, nie trzymaj się mnie tak kurczowo, bo do końca nie dobrnę! – nabijał się Lewy.
- Ostrzegałam. – powiedziałam i niechętnie puściłam go.
- Nie mówiłam, żebyś mnie puściła, tylko spuściła lekko z tonu, bo zaczynało mnie to uwierać. – uśmiechnął się do mnie. Czyli mu się podobało? Kochańska, ogar, bo już nie idzie wytrzymać z twoimi brudnymi poniekąd myślami! Dobrnęłam do połowy filmu. Nie było tak najgorzej. Tak jak wcześniej było wspomniane oglądaliśmy „Nieodebrane połączenie”. Z tego co można wywnioskować po tytule bohaterzy otrzymywali telefony po których ginęli i takie tam.. Kiedy usłyszałam wibrowanie telefonu, to oddychać nie mogłam! Spojrzałam na Roberta.
- Błagam, powiedz, że to twój. – wyszeptałam.
- Nie, ja mam włączony głos. – powiedział poważnie. Matko Boska, schiza na całego! Wstałam i pod swoją torebką znalazłam telefon. Przestał dzwonić, a ja na wyświetlaczu ujrzałam ZASTRZEŻONY. Chyba śnię! W złym tego słowa znaczeniu. Cała się trzęsłam (dosłownie!) Tylko mnie mogło się to przytrafić. – Kto to?
- Zastrzeżony. – powiedziałam cicho, bo strach lekko odebrał mi głos. Westchnęłam głęboko. Robert zaczął się śmiać ( on się raczej dławił tym śmiechem!) i wyciągnął telefon zza pleców, pokazując mi jak klika zieloną słuchawkę. Na moim wyświetlaczu znowu pojawiło się to co wcześniej.
- TY DEBILU!!!! – wykrzyczałam i uderzyłam go bardzo, ale to bardzo mocno w głowę. Chyba wszystkie szare komórki mu powylatywały.. Jeśli jakiekolwiek tam były.. – Wiesz jak się wystraszyłam?!
- Wiem, dlatego ci to pokazałem. – powiedział. Był cały czerwony ze śmiechu. Ja usiadłam obok niego z założonymi rękami.
- Bo się udławisz. – bąknęłam.
- Nie martw się. – skwitował i po chwili wziął wdech i opanował śmiech, lecz uśmiech z jego pięknej mordeczki nie zszedł. Po chwili dosunął się do mnie i przytulił. – Przepraszam, ale ja tak zawsze mam. Milenie też takie coś wiele razy robiłem, a ona cały czas miała lęki. Dowiedziała się o tym, że to ja chyba jakieś 3 tygodnie temu.
- Biedna Milena.. – pokręciłam głową. – Jaki ty jesteś głupi! Przecież wiedziałeś, jak się boję samego tego horroru, a co dopiero, jak przydarzy mi się coś, co w nim zobaczyłam. – powiedziałam z wyrzutem.
- Ale mi się nudziło.. – odparł. Jak można się nudzić na horrorze? Takie rzeczy tylko u Lewandowskiego!
- Tak, ten film jest strasznie nudny, dlatego bardzo inteligentny pan Lewandowski wpadł na wyśmienity pomysł, żeby zadzwonić do schizowanej panny Kochańskiej! Gratuluję. – odpowiedziałam, ale delikatnie moje usta drgnęły i ułożyły się w małym uśmiechu.
- Ale przeprosiłem.. – zrobił smutną minkę. Widząc, że się uśmiechnęłam, poczuł się pewniej. – Okej, to ja idę się myć. – powiedział i wstał z łóżka.
- Co? Mam zostać tutaj sama? – byłam przerażona wizją pozostania sama z swoimi myślami.
- A chcesz iść ze mną do łazienki? – uśmiechnął się zawadiacko i poruszył brwiami. Dostał poduszką w twarz, jak mi przykro.
- Idź, ale błagam szybko, bo zwariuję tutaj sama. Kiedy sobie pójdziesz wszystkie najgorsze sceny zaczną mi się przypominać.. – stękałam.
- Pięć minut i jestem. – zaśmiał się i pomknął do łazienki. Tak jak myślałam, mózg panny Kochańskiej odmawiał posłuszeństwa i zamiast myśleć o jutrzejszym meczu, w co się ubiorę, jak się pomaluję czy nawet o cholernych paznokciach, oczywiście myślał o horrorze i tych wszystkich scenach. No fiksowałam! Jak Boga kocham fiksowałam! Kiedy jakaś „zjawa” przechodziła właśnie na lajcie przez drzwi usłyszałam, że Robert już wychodzi.
- Chwiała Bogu! – dzisiaj słowo „Bóg” przeszło przez moje usta częściej niż kiedykolwiek. Jeszcze, żebym była jakąś przykładną chrześcijanką..
- Nie, ja Robert jestem. – machnął ręką i się zaśmiał. – Kręgosłup przez ciebie bym sobie złamał! Tak się śpieszyłem, a podłoże w tym cholernym prysznicu jest śliskie jak.. nie wiem. – mówił kręcąc głową. – Jak tam twoje duchy? – nabijał się ze mnie. Ta, wiedziałam, że to nastąpi..
- Mają się bardzo dobrze, jeśli o to pytasz. – powiedziałam i minęłam go. Nie chciałam znowu zostać sama z moją wyobraźnią, ale cóż. Wziąć prysznic trzeba. Robiłam wszystko tak szybko, że żeby zobaczyć cokolwiek trzeba było oglądać w zwolnionym tempie. Oczywiście jak Robert mówił podłoże w prysznicu strasznie śliskie i co? Wiktoria miała glebę stulecia! Zbiłam sobie dupę, pięknie. Oczywiście nie mogłam znaleźć piżamy, więc wyszłam w samej bieliźnie, masując się po tyłku.
- A żeś huknęła! – zaśmiał się Lewy. – Pomasować?
- Nie, dziękuję. – powiedziałam uśmiechając się do niego przesadnie. – Widziałeś moja piżamę?
- Była w łazience. – odparł.
- Ale jej tu nie ma! – odpowiedziałam bezradnie. – A nie mam ochoty grzebać teraz po kątach i szafach.. – na te słowa Lewandowski posłał mi uśmiech. Nie wiem czy to było do mnie, czy ze mnie, ale ładny był.
- Dolna szuflada po prawej stronie szafki. – poinstruował a ja to wykonałam. Zobaczyłam małą kolekcję koszulek meczowych. Wzięłam pierwszą lepszą z reprezentacji i założyłam ją na siebie. Wzięłam jeszcze swoje skarpetki i położyłam się obok piłkarza. – Może darujemy sobie już ten maraton?
- Czytasz mi w myślach, kochany. – uśmiechnęłam się do niego. Ale to oznaczało, że idziemy już spać? Przeczuwam straszną noc.. Moja mina mówiła chyba sama za siebie.
- Obiecuję, ze nie zasnę przed tobą. Zamknę oczy dopiero wtedy, kiedy ty będziesz już chrapała. – powiedział z uśmiechem.
- Po pierwsze: ja nie chrapię. Po drugie: jak będziesz tak czekał, to wyjdzie, że w ogóle nie zaśniesz. – westchnęłam. Czułam się jak mała dziewczynka, która naoglądała się strasznych bajeczek i teraz boi się spać.
- Mówi się trudno. – wzruszył ramionami. – Coś zaradzimy wtedy, kiedy nie będziesz mogła zamknąć oczu. Po części to moja wina. – czy tylko ja wyłapałam tam podtekst erotyczny? Pewnie, bo tylko Kochańska miała skojarzenia. Ale jak można inaczej pomyśleć, kiedy facet mówi, że coś zaradzi, kiedy nie będę mogła zasnąć?
- Przestań. – prychnęłam. – Nie twoja wina, że jestem taka głupia i mam schizę na horrory. – przewróciłam oczami. Lewy tylko się uśmiechnął. Położyłam głowę na jego klatce piersiowej ( kiedy nie mogłam zasnąć, czy było mi smutno to była nasza stała pozycja) i słuchałam jego bicia serca. Robert dodatkowo nucił ni to kołysankę, ni to wolną piosenkę. Śpiewający Lewandowski.. Do X Factora to z nim nie pójdę.. Nie ważne. Ważne, że w końcu zmogło mnie i usnęłam, o dziwo śniąc o jutrzejszym dniu.


•••
Hej! Jejku, nie wiem jak Wy, ale ja odczułam ten tydzień i bardzo się za Wami stęskniłam! Wybaczcie też z ten rozdział, bo tak naprawdę nic z niego nie wynika, ale mogę powiedzieć, że w następnym będzie parę rozmów, które zmienią poniekąd życie.. Ale się nie zdradzam ;) Dziękuję, że jest Was tutaj tak dużo i że wspieracie mnie swoimi komentarzami! Jest to wspaniałe uczucie ♥ Okej, a więc miłego czytania i mam nadzieję, że mimo wszystko nie zawiodłam Was tym rozdziałem.. Buziaki! :** 

Obiecałam, że pomogę jednej dziewczynie, więc serdecznie zapraszam na jej bloga o Lewym: